STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY
"Tylko rock"
<<<powrót

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

GRZEGORZ CIECHOWSKI
nie ma strachu


Trzy lata temu Grzegorz Ciechowiki śmiał się ze mnie, gdy spytałem go, dlaczego pierwszy raz w życiu zapuścił sobie dłuższe włosy: To jest przedziwne, ilekroć mam inną długość włosów, wszyscy dopatrują się w tym informacji... Coś chyba jednak w tym jest. Dziś Ciechowski wygląda inaczej, jest bardzo krótko ostrzyżony proponuje zupełnie inną muzykę niż ta, która trafiła na Siódmą pieczęć.


- Dlaczego zdecydowałeś się wydać tak dziwną płytę jak OjDADAna? Nie ma tu twoich piosenek, nie śpiewasz... Czy czasem nie jest to jakiś kryzys twórczy?
GRZEGORZ CIECHOWSKI:
Jest to no pewno nie spodzianka. Prowokacja... Tej płyty mogłem teraz nie wydawać. Mógłbym wydać ją za dwa lata, ale może wtedy ktoś inny zrobiłby to wcześniej ode mnie. Dla mnie jest to projekt producencki, oparty na pomyślę, który chodził za mną od dwóch, trzech lat. Kiedyś zupełnie przypadkowo trafiła do mojej płytoteki taka pozycja Polskich Nagrań - "Muzyka ludowa z różnych regionów".

- Znam. Też mam własną: nie ma tu cepeliowskiego folkloru, jest prawdziwa muzyka ludowa. Urocza etnografia, wspaniały dokument.

- I to jest wspaniale dobrane... A jednocześnie obcowałem z biblioteką "próbek" - wertowałem różne próbki muzyki afrykańskiej, południowoamerykańskiej. Głównie była to muzyka instrumentalna, ale również pojawiały się frazy śpiewane, i stwierdziłem, że ta polska płyta ma tę samą siłę, co rzeczy wykorzystywane w tym, co nazywa się "ethnic world musie". l kiedy słuchałem rzeczy jak Deep Forest, Enigma czy niektóre płyty Petera Gabriela, zdałem sobie sprawę, że może powstać taki projekt z polskich fraz. Bo one wcale nie muszą być tak przaśnie walczykowate, ani takie cepeliowskie... Powiem ci szczerze: nigdy nie zamierzałem być jakimś znawcą folkloru. Moja penetracja tego obszaru zaczęła się od tej płyty. Potem przesiedziałem kilka dobrych tygodni w różnych archiwach - poszukiwałem rzeczy, które byłyby "fonogeniczne" i spójne emocjonalnie z płytą, którą sobie wymyśliłem. Bardziej zależało mi na tym niż na pogłębianiu mojej wiedzy o naszym folklorze. Jedno jest pewne - wyszukując materiał kierowałem się emocjami, które w nim były i barwami brzmienia. W tytule płyty jest wytłuszczone to "DADA", bo praktycznie biorąc była to robota wręcz dadaistyczna. "Grzegorz z C/echowa" - tak nazwałem się na tej płycie. Nie chciałem, aby to był "Grzegorz Ciechowski", ani - Obywatel G.C., którego płyty cechowała pewna powaga...

- Twoja płyta lokuje się u nas w pewnym kontekście. Z jednej strony mamy zespoły jak Krywań: ludowe śpiewy z unowocześnionym, także "syntetycznym" akompaniamentem. A z drugiej strony: to, co robi Aya RL, czyli niby-folklor tworzony przy użyciu nowoczesnych instrumentów i nowoczesnego studia... Natomiast u ciebie to połączenie raczej rockowego podkładu instrumentalnego - w Gawędzie o skrzypku i diable pojawia się nawet reggae - z mniej lub bardziej przetworzonymi popisami ludowych śpiewaków.

- Raczej "bardziej"... Intencje melodyczne i harmoniczne osób, które to kiedyś nagrały, niekiedy zostały zachowane, ale niekiedy zupełnie odrzucone... Chciałem pokazać, że frazowanie w tych polskich śpiewach jest równie czarujące jak w muzyce afrykańskiej, jak w projektach Petera Gabriela. Jest taki moment, gdy kobieta osiemdziesięcioletnia frazuje niczym Tracy Chapman. l nie sposób tego podrobić, bo słychać, że ta staruszka śpiewała całe życie...

- Pojawił się Grzegorz z Ciechowa. A co dzieje się z Obywatelem G.C?

- Myślę, że mamy w sobie różne pokłady aktywności. Jeśli powstaje płyta Republiki, to muszę czuć taki "zew": oto chcę dać upust moim emocjom, chcę powiedzieć coś o sobie, zwołuję chłopaków - moich najbliższych przyjaciół - siadamy i robimy. Gdy chcę wypowiedzieć się równie emocjonalnie, lecz w sposób zupełnie otwarty, poza stylistyką Republiki, powołuję do życia Obywatela G.C... Zauważ, że mnej więcej od dwóch lat zajmuję się głównie produkcją płyt. A więc realizuję się pracując z innymi artystami.

- Lech Janerka podał mi kiedyś następującą "receptę" na swoją twórczość: mam to tak robić, żeby mnie to bawiło. Czy można powiedzieć - pozostając przy tej konwencji - że teraz po prostu nie bawiłaby cię rola Obywatela G.C.?

- To jest dobra podpowiedz. Wydaje mi się, że nie muszę co rok wydawać płyty Republiki albo Obywatela G.C. Nie muszę budować na rynku mej postaci, bo ona w jakimś sensie jest już wybudowana, l kiedy naprawdę chcę, kiedy będę miał z tego przyjemność, to mogę nagrać następną ptytę. Nie ma we mnie wewnętrznego strachu, że jeśli przez dwa, trzy lata nie wydam autorskiej płyty, to stanie się coś takiego, co mi to uniemożliwi.

- Rozumiem, że obecnie na pierwszym planie jest Ciechowski - producent...

- Pod względem aktywności...

- ... i to zapewnia ci utrzymanie na bieżąco. Ale pamiętam, że zajmowałeś się też nagrywaniem muzyki użytkowej, muzyki do jakichś reklamówek telewizyjnych i radiowych.

- To nigdy nie było dla mnie ważne zajęcie. Muzyka użytkowa to coś, co do tej pory robię, ale rzadko... To nie jest rzecz, która wymagałaby wiele czasu i inwencji. Choć na pewno trzeba to robić w sposób zawodowy, żeby było to dobrze płatne. Wszystko trzeba robić profesjonalnie...

- Którą z twoich producenckich prac oceniasz najwyżej?

Do tej pory moim największym wyczynem była płyta Justyny Steczkowskiej... Może wynikło to z tego, że bardzo szybko nabraliśmy do siebie zaufania i na samym początku naszej współpracy udało nam się ustalić kierunek, w którym mieliśmy zmierzać. Zanim weszliśmy do studia, spędziliśmy dwa i pół miesiąca w Kazimierzu, intensywnie pracując. Justyna praktycznie stała się naszym domownikiem... Byliśmy wtedy na pewno pod wrażeniem nowej płyty Bjork, Portishead i paru innych tego rodzaju produkcji. W rezultacie wyszła rzecz, która na pewno nie jest ptytą piosenkarską. Według mnie ma czytelną oś artystyczną, która przechodzi przez bardzo różne piosenki: zarówno przez hitową "Dziewczynę szamana", jak i przez "Tatuuj mnie", czy udziwnione harmonicznie "Myte dusze".

- A jak wspominasz pracę nad płytą Kasi Kowalskiej, Gemini?

- To przede wszystkim była płyta kompromisu. Ta praca zaczęła się w bardzo złych warunkach, bo ten materiał już właściwie był nagrany wcześniej, l okazało się, że dokonane to było w sposób zupełnie amatorski, trzeba było zacząć wszystko od początku. Najpierw była praca na próbach, i to jeszcze nie z tymi muzykami, z którymi doszło do nagrania ptyty. Było mnóstwo konfliktów, bo - jak wydaje mi się - Kaśka z początku nie rozumiała, jaka jest rola producenta...

- Chyba też nie była pewna, jaki styl najbardziej jej odpowiada.

- Starałem się wypracować jeden wspólny mianownik w postaci brzmienia - za pomocą charakterystycznych instrumentów, o których wprowadzenie musiałem walczyć jak lew. Zależało też mi na tym, aby większość tekstów była po polsku. Ten długi blues, niestety, zaśpiewała po angielsku i dlatego przepadł... Gdzieś tak w połowie pracy jakoś się w tym odnaleźliśmy, ale wydaje mi się, że to było trochę za późno, aby wyszła nam taka płyta, jak to sobie wyobrażałem.

- Może teraz powiedz o swych najbliższych planach producenckich.

- Krzysiek Antkowiak...

- Kiedyś jedno z "cudownych dzieci" naszej estrady.

- Tak... Był już kiedyś popularny, ale teraz widzę go w zupełnie nowym wcieleniu. Ma 23 lata. Udało mu się oderwać od takiej automatycznie rozwijającej się kariery, którą rozpoczął "Zakazanym owocem". Założył zespół, z którym występuje od trzech lat. Komponuje. Rewelacyjnie śpiewa. Ja nie słyszałem takiego wokalisty w Polsce.

- l czego możemy się spodziewać? Popu? Rocka? Pop rocka?

-Mam nadzieję, że będzie to inteligentny pop. Krzysiek ma wszelkie dane ku temu, by sporo zdziałać na tym rynku. Myślę, że w połowie października dobrniemy do nagrań i pod koniec listopada skończymy płytę.

- A kiedy możemy się spodziewać twojego nowego, autorskiego albumu?

- Tak jak ci mówiłem: chcę traktować to naturalnie. Nie mogę ukryć swej reflesji, że ostatnią - jak na razie - płytę Republiki, "Republika marzeń", nagrywałem w złym czasie. To był czas rozstania z moją poprzednią partnerką życiową, byłem atakowany przez media.

- Czy to prawda, że u Małgorzaty Potockiej pozostał cały twój sprzęt muzyczny?

- Wyszedłem z domu tak, jak stałem. Straciłem wszystko, co miałem. Gdy pojechałem do przyjaciół, to musiałem ich poprosić, żeby zapłacili za moją taksówkę... Taka jest cena wyborów, kłóre musimy nieraz robić. Cena takiego życia, jakie chcielibyśmy prowadzić.

- Czy Obywatel G.C. narodziłby się, gdybyś nie poznał Małgorzaty Potockiej?

- Nie chciałbym teraz ujmować tego, co sam jej kiedyś przypisywałem. Na pewno miała swój udział w szumie promocyjnym wokół Obywatela.

- Jak dziś patrzysz na swój dorobek pod tym szyldem? Z jednej strony biorąc: miałeś bezdyskusyjnie osiągnięcia artystyczne. Ale z drugiej: z płyty na płytę twoje poczynania budziły coraz mniejsze zainteresowanie; Obywatel świata właściwie jakoś przemknął bokiem...

- Pierwsze dwie płyty Obywatela zostały podsumowane trasą, i jak na tamte czasy posuchy koncertowej był to wielki wyczyn. A także wymierny sukces: zagraliśmy dwa pełne Spodki. Pamiętam też, że nawet trudno było kupić u koników bilet na koncert w Kongresowej. Ale zauważ, że robiłem to ze składem osiągalnym raz na jakiś czas...

- Kiedyś bardzo sobie chwaliłeś nagrania i występy z muzykami sesyjnymi.

- Jednak zdarzały się zmiany instrumentalistów i wszystko trzeba było od początku przygotowywać. To nużyło pozostałych muzyków, powodowało niechęć do takiej współpracy. Na tym przykładzie widać, jaką przewagę ma stały zespół - nawet mniej wydolny muzycznie. Dlatego całkiem naturalnie powiedziało mi się po pierwszych od lat, okazjonalnych występach Republiki w 90 roku: "Chłopaki, może byśmy pograli razem?" Jako Obywatel nie stroniłem od piosenek Republiki. W końcu przecież były to moje teksty i kompozycje.

- Jak oceniasz teraz działalność odrodzonej Republiki?

- Początek lat dziewięćdziesiątych to był okres mojej intensywnej pracy, ale bez odpowiedniego rezonansu. Zaczął powstawać u nas normalny rynek, który wymagał, aby każda płyta miała regularną promocję... A ja zawierzyłem pewnemu mechanizmowi, który działał u nas wcześniej: jeżeli jest dobra płyta - musi osiągnąć sukces. Było to błędem. Nagraliśmy najlepszą płytę Republiki, "Siódmą pieczęć", i ta rzecz musiała obumrzeć na naszym rynku, bo był to już rynek, na którym rządziła promocja.

- Widzę to trochę inaczej: najlepsze sq pierwsza i druga płyta Republiki. Tam zdefiniowałeś swój styl jako kompozytor piosenek, autor tekstów i wokalista. Tam zespół osiągnął swe bardzo charakterystyczne brzmienie. Siódma pieczęć to próba zmodyfikowania tego wszystkiego, próba rockowego wyluzowania, szerszego otwarcia się na różnego rodzaju muzykę, nawet przybliżenia do hard rocka... Próba nie zawsze ciekawa. Poza tym można odnieść wrażenie, że twój śpiew lepiej pasuje do wcześniejszej - powiedzmy - nowofalowej konwencji.

- To jest sprawa, do której swojego stosunku nie mogę wyrazić tak do końca. Ale zakładam taką możliwość... Wydaje mi się, że coś takiego jest bardziej odczuwalne na "Republice marzeń"... To jest przedziwne, że kiedy zespół trwa dłużej niż trzy lata, to właściwie należałoby zadać sobie pytanie, czy ten byt ma ulec zakończeniu, tylko dlatego, że następne poszukiwania muzyczne muszą zmierzać w inną stronę? Uważam, że można zrobić dwie, góra - trzy płyty, bazując na tym, co odnalazło się na początku. A polem trzeba ruszyć w kierunku, który tak czy inaczej okaże się jakimś ryzykiem, i albo zespół to robi, albo rezygnuje ze zmian i korzysta z tej jednej "pieczęci", którą ma od samego początku...

- Właściwie taki jest przypadek Rolling Stonesów i nie możemy narzekać...

- Oni akurat trafili w główny nurt, może nawet go stworzyli... Ale mnie takie postępowanie by mało bawiło. To, co na początku jest nową drogą, staje się schematem. Moim zdaniem zespół musi podejmować jakieś wyzwanie, a czy to się opłaca, czy nie... Jeżeli chodzi o Republikę, to wielokrotnie stykałem się takimi z pytaniami dziennikarzy: "No i co? Dwie pierwsze płyty tak się pięknie sprzedały, a teraz coś nie bardzo..." Kurt Vonnegut opowiadał kiedyś, że po każdej jego książce krytycy zachowują się jakby byli plutonem egzekucyjnym, pozbawiają go dystynkcji, które mu wcześniej przypięli... A kiedy 15 lat trwa się na rynku i trzeba pracować - także po to, żeby mieć z tego jakąś przyjemność - muszą zdarzać się rzeczy lepsze i gorsze. Jest taki magiczny moment, gdy kończy się praca nad płytą i za każdym razem uważaliśmy, że powstało najlepsze, co mogliśmy w danym momencie zrobić. Potem dopiero pojawiła się refleksja, że czegoś można było nie nagrywać, coś - inaczej zrobić.

- Nie zamierzam ci robić zarzutu z tego, że ostatnie płyty Republiki nie przyćmiły tych wczesnych.

- W pewnym sensie zadajesz mi tu pytanie, kiedy będzie następna płyta Republiki... Otóż dokładnie wtedy, kiedy nabiorę przekonania, iż będzie to płyta, która może stanąć w jednym szeregu z trzema płytami - z "Nowymi sytuacjami", "Nieustannym tangiem" i, jednak, "Siódmą pieczęcią"...

- A właściwie dlaczego uważasz Siódmą pieczęć za najlepszy album Republiki?

- Może rzeczywiście nie mogę stawiać "Siódmej pieczęci" na równi z "Nowymi sytuacjami" i "Nieustannym tangiem", bo obie te rzeczy są już jakąś klasyką... "Siódma pieczęć" na pewno jest najlepsza z naszych dokonań z lat dziewięćdziesiątych. Chodzi o tę prawdziwość poszukiwań. O to, że była to płyta, która powstała w bardzo naturalny sposób: większość materiału była nagrywana w całości - koncertowo, ale w studiu. Gdy wracam do niej teraz, robię to z przyjemnością - czego nie mogę powiedzieć o wszystkich moich płytach.

- Ciekawe, że Republika marzeń ło już wyprawa w trochę inne, bardziej kameralne rejony. Można podejrzewać, że nie zawsze byłeś przekonany do tego, co nagraliście na Siódmej pieczęci.

- Nie mogliśmy powielać tej płyty. To jest naturalne, że cały czas szukaliśmy czegoś nowego. Przy "Republice marzeń" miałem takie producenckie założenie, żeby najbardziej czytelne elementy wczesnej Republiki przemieszać z nowymi elementami. Sądzę, że udało mi się tego dokonać w jedynym hicie z tej płyty, "Zapytaj, czy cię kocham". Do tej piosenki ogranicza się dla mnie sukces "Republiki marzeń". Pomijając warstwę tekstową, wiele rzeczy mógłbym tu teraz zmienić, choć część piosenek no pewno bym zachował, bo są dla mnie bardzo ważne. Uważam, że jest tam widoczne to rozchwianie emocjonalne, które przeżywałem w czasach, gdy powstawała ta płyta.

- Czy Republika w tej chwili istnieje? Leszek Biolik gra ostatnio u Roberta Gawlińskiego i Marka Kościkiewicza...

- Leszek jest bardzo ruchliwym muzykiem, chętnie go zapraszają do innych zespołów - ja nie mam nic przeciwko temu... A Republika istnieje i gra koncerty, l wydaje mi się, że jest to jedyna konfiguracja personalna, która może dalej nosić tę nazwę.

- Czy pracując jako producent masz czas i ochotę, aby "na boku" tworzyć nowe piosenki, pisać nowe teksty? Czy może jest to taki urlop twórczy?

- Jeżeli obcujesz z muzyką jako producent - jest to bardzo intensywna praca. Przynajmniej w moim przypadku: to jest dokładne "projektowanie" każdego dźwięku jeszcze przed wejściem do studia, i jak produkuję, to nie mam czasu, aby zajmować się swoimi sprawami. Ale są całe tygodnie, kiedy nie działam jako producent. Wtedy - niejako automatycznie - pracuję dla siebie, kolekcjonuję rzeczy, które mogą mi się przydać. Poza tym mogę przecież wykorzystać na moich płytach doświadczenia, które zbieram jako producent. Nie przewiduję czegoś takiego jak urlop.

- Nie potrzebujesz tego, co niektórzy nazywają "ładowaniem akumulatorów"?

- Trudno byłoby mi wytrzymać bez pracy przez dłuższy czas... Poza tym mam dużą rodzinę i muszę sporo pracować.

Ciechowski nadal jest kimś, kto dość skrupulatnie oddziela "prywatne" od "publicznego". Ale na koniec rozmawiamy chwilę o jego życiu osobistym. Wyniósł się z Kazimierza nad Wista i zamieszkał pod Warszawą, w Falenicy. Ze swą obecną, poślubioną dwa lata temu, żoną ma dwoje dzieci: przeszło półtoraroczną córkę, Helenkę, i kilkumiesięcznego syna, Bruna. Rodzina jest "duża", bo często też u nich bywa Wera, córka, którą ma z Małgorzatą Potocką. Czyli, jak sami mi mówi, w domu jest niezły czad... Zaraz jednak dodaje, że należy do tych, którzy nie muszą uciekać daleko od bliskich, aby się skupić: To jest tylko kwestia azylu, miejsca, gdzie mogę się zamknąć... Tak naprawdę każdy ma tam dostęp, ale gdy tam jestem, każdy wie, że pracuję, l to budzi szacunek moich domowników- dodaje i uśmiecha się. Chyba pierwszy raz w czasie tej rozmowy.

Rozmawiał: WIESŁAW KRÓLIKOWSKI

"Tylko Rock", Listopad 1996


początek strony