STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY
"Tylko rock"
<<<powrót

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

PRZESŁUCHANIE

Gdy kiedyś zaproponowałem Grzegorzowi Ciechowskiemu, aby w rubryce Przesłuchanie opowiedział o muzyce, która okazała się dla niego ważna, inspirująca, stwierdził: Sam ci to napiszę. Napisał i wydrukowaliśmy [w numerze październikowym z 1992 roku]. Ale tak naprawdę Obywatel G. C. postąpił bardzo przekornie, zrobił unik: była to pełna polotu opowieść o jego... literackich inspiracjach. A temat rocka pojawiał się tylko wtedy, gdy... dystansował się od zwykłego pojmowania rock and rolla. Ostatnio jednak zgodził się poopowiadać mi o płytach jak inni muzycy. Setny numer "Tylko Rocka" okazał się wystarczającym argumentem.

Najpierw powiem o rzeczach słuchanych z czystej i bezinteresownej wrażliwości, słuchanych w czasach, kiedy jeszcze nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę grał muzykę... Odbierałem te płyty tak, jak się ogląda deszcz meteorów na niebie. Były to dla mnie zjawiska niemal niewytłumaczalne...

A pierwszą taką bardzo ważną dla mnie pozycją jest Dark Suk Of The Moon Pink Floyd. To była płyta, z którą się obcowało po ciemku. Wszystko należało wyłączyć i... trzeba było jej słuchać od początku do końca. Bo charakterystyczne dla tego albumu było też to, że właściwie trudno było znaleźć jedną piosenkę, którą by się "niszczyło", puszczając ją w kółko... Pink Floyd po prostu wyprzedzał wtedy innych i koncepcyjnie, i produkcyjnie, a ja do dziś rozumiem swój zachwyt z tamtych lat, rozumiem wściekłość moją i moich przyjaciół, gdy ktoś przerywał nam słuchanie tej płyty... Niewielu dawnym nagraniom udaje się obronić przed sceptycznym uchem muzyka, który ileś tam płyt już nagrał. Jednak chociaż teraz wiem, jak ten album został nagrany, i potrafię przeanalizować zastosowane metody, to ta wiedza nie jest mi w stanie odebrać tych wszystkich przeżyć, związanych z Ciemną stroną... Zresztą takich płyt już chyba teraz się nie nagrywa. Płyt, których słucha się nie po to, żeby tańczyć, ruszać się, ale po to, żeby ruszać mózgiem.

W tamtych czasach zawsze też ważny był dla mnie - jak swego rodzaju drugi biegun - Carlos Santana. Może to trochę dziwne, że go polubiłem, bo był on mało "literacki". Raczej takie uosobienie muzycznego żywiołu. Ucieleśnienie muzyki latynoskiej, do której nadal tęsknię. Nieraz nawet ta tęsknota delikatnie zaznacza się w mojej muzyce, w warstwie rytmicznej takich utworów Obywatela G.C. jak Podróż do ciepłych krajów... I tutaj bym wymienił Abraxas. Ale też doskonała jest najnowsza płyta Santany, Supernatural.

Muszę teraz złożyć hołd Milesowi Davisowi. A pojawi się tu płyta, na którą długo czekałem. Przywiózł mi ją z Japonii brat kumpla, będący marynarzem: Miles In Tokyo, oczywiście rzecz znacznie wcześniej nagrana, z połowy lat sześćdziesiątych. To taki mainstreamowy Davis. Potem - naturalnie - słuchałem wszystkiego, co robił. Z tym że od Davisa jazzrockowego zawsze ważniejszy był dla mnie Davis - liryk. I właśnie płyta Miles In Tokyo otworzyła mi głowę na jazz... Tak samo - Astigmatic Krzysztofa Komedy. Komeda to dla mnie do tej pory kwintesencja polskiego brzmienia jazzu, a Astigmatic wydaje mi się takim cacuszkiem... Właśnie wspomniane dwa albumy spowodowały, że na jakieś dwa lata przestałem słuchać muzyki rockowej i wszystkie płyty, które miałem, wymieniałem na jakiekolwiek nagrania jazzowe. Po jakimś czasie dopiero zrozumiałem, że big band Klausa Lenza nie jest czymś, za co warto dać Deep Purple (śmiech).

Jestem ci też winny krótką opowieść o Jethro Tull. Oczywiście wymienić muszę Agualung, płytę z czasów, gdy skończył się już ten wyraźnie bluesrockowy okres Jethro Tuli, który nie bardzo lubiłem. I akurat zaczął się rodzaj rocka na wskroś oryginalnego (zresztą mam wrażenie, że do dziś nikt tego nie podchwycił). Jon Anderson wykonał dla mnie wielką robotę na tej płycie. Po pierwsze Agualung sprawił, że zrozumiałem coś, co potem już zawsze mi towarzyszyło. Nagranie longplay'a to nie tylko wymyślenie iluś tam motywów muzycznych. To przede wszystkim stworzenie takiego świata literackiego. Czegoś, co jakby ma swoje autonomiczne życie. Oczywiście - nie każdy musi tak postępować, ale Anderson właśnie to robił. Zresztą w ogóle bardzo mi imponował. Komponował, pisał teksty, grał na flecie, śpiewał w taki charakterystyczny sposób. I wszystko to trzymało się kupy, i była to historia także o mnie... Tak długo wierciłem dziurę w brzuchu rodzicom, aż mi kupili flet poprzeczny. Kosztował sporo jak na tamte czasy - kilka tysięcy złotych. Byłem wtedy chyba w pierwszej klasie ogólniaka i, dzięki tej płycie, zacząłem "łapczywie" nadrabiać to, co straciłem w poprzednich latach, rezygnując już w drugiej klasie szkoły podstawowej z grania na fortepianie... Ostatecznie zaważyło poznanie tej płyty Jethro. Uczyłem się więc gry, ucząc się wstaweczek Andersona, jego solówki miałem wykute na blachę (śmiech). Wtedy to był wielki szpan, a i myślę, że niektóre frazy do dzisiaj mi pozostały...

Oczywiście słuchałem wtedy też wcześniejszych płyt Jethro Tull. Thick As A Brick - również (rzecz na granicy dyskusyjnej wymyślności, jednak na pewno będąca w stanie przyćmić produkcje uznawane wtedy za artrockowe). Ale z Minstrel In The Gallery trafiały do mnie tylko niektóre piosenki, a późniejsze albumy już zdecydowanie mniej mi się podobały. Zaczęli mieszać w aranżacjach, a dla mnie ważny był "surowy Anderson", bez żadnej specjalnej produkcji.

Kogo ja tu jeszcze mam? Franka Zappę. Był taki okres, tuż przed nową falą, gdy całą przestrzeń muzyczną wypełniali mi Davis i - właśnie - Zappa. Nawet stałem się takim jego wyznawcą: uważałem, że należy znać przynajmniej ze dwadzieścia jego płyt. A wymieniłbym teraz Sheik Yerbouti albo Joe's Garage, rzeczy z końca lat siedemdziesiątych. Mam świadomość, że nie były one takimi milowymi krokami jak Freak Out czy Hot Rats, jednak niesamowicie pasowała mi lekkość tych produkcji. Bo Zappa posługiwał się bardzo ciężkimi argumentami muzycznymi, ale przewracał je na lewą stronę tekstem albo żartem. Oczywiście, na dłuższą metę trudno to wytrzymać, bo jest to pozbawione prawdziwych emocji (i on wręcz krył się za takimi formami, które pozwalały mu tych emocji nie odsłaniać). Jednak wówczas ogromnie mi imponowało, że potrafi tak żonglować różnymi motywami, przebiegami harmonicznymi... Wchodził do różnych krain muzycznych, zachowując się tak jakby tam od lat mieszkał, po czym trafiał gdzie indziej - i robił wszystko równie sprawnie...

Teraz musiałbym jakoś skwitować następny okres, gdy byłem na studiach i zacząłem grać (co nie znaczy, że już zmierzałem w kierunku, w którym później podążyła Republika - była to jeszcze Res Publica plus jakieś inne formacje). My - moi koledzy i ja - wychowani na końcówce lat sześćdziesiątych i pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, stanęliśmy przed pewnym dylematem: żeby wejść w ten nowy rock, trzeba było wyrzec się muzyki, której wcześniej się słuchało. Nie wypadało zagrać choćby jednej nuty bluesowej, nie wypadało zagrać solówki... To może dziwne, ale to "oczyszczenie" było bardzo orzeźwiające. I pamiętam do dziś dokładnie kilka płyt, których jeszcze słuchaliśmy niezobowiązująco, ale które spowodowały, że zaczęliśmy mieć jakieś pojęcie o smaku tego wszystkiego... Taką płytą był na przykład debiutancki longplay amerykańskiego duetu (można powiedzieć: elektroniczno-punkowego) Suicide. Z jednej strony perfidnie prosty podkład elektroniczny, nie pozwalający się domyślić, czy robią to rozmyślnie, czy też jest to szczyt ich możliwości. A z drugiej strony: "drugie dno" w śpiewie wokalisty. Dla mnie było to duże odkrycie, bo raptem stwierdziłem, że ci ludzie prostymi środkami wytwarzają emocje, które kilka lat wcześniej wymagały płyty artrockowej... Podobne odczucia miałem przy wczesnych płytach Patti Smith: Horses, Radio Ethiopia. Mimo że korzystała tu z siermiężnego, rockowego grania - był już ten świeży powiew new wave. No i ważna była ona sama, czyli znowu miałem potwierdzenie, że teksty są najważniejsze. Że właściwie bez tekstów nie ma muzyki rockowej. Oczywiście są w rocku wspaniali muzycy, ale tak naprawdę potrzebna jest ta opowieść, wyrwana gdzieś z wnętrza... Ja wtedy byłem takim człowiekiem, który dużo pisał i to wierszy, nie - tekstów. I nie miałem gdzie ich publikować. Wtedy, żeby coś wydrukowali, trzeba było zapisać się do zuchów-literatów, do jakiegoś Koła Młodych... Albo chodzić na spotkania z jakimiś redaktorami, którzy czytali swoje ohydne wierszydła. I trzeba było im towarzyszyć, i klepać ich po ramieniu, i nie wiem, co jeszcze. Albo być od razu rozpoznawalnym jak Wojaczek... I dlatego w czasach początków nowej fali zaczęło mi świtać w głowie, że może tędy droga...

Podejrzewam, że gdybym słuchał w tamtym okresie tylko tych "czystych" płyt punkrockowych, bez takich pozycji jak Rattus Norvegicus i No More Heroes Stranglersów (którzy korzystali z prostych faktur aranżacyjnych, ale mieli wysmakowane piosenki), to bym robił dziś coś innego... Sex Pistols i The Clash obrzydziły mi też polskie grupy, które chciały wykazać się powinowactwem z taką muzyką (śmiech). A Stranglersów słuchałem także później (bardzo mi się podobało La Folie), bo ciekawe było to, co się z nimi działo. Lubię również te ich "softpłyty". Do tej pory, gdy słyszę Stranglersów w radiu, mam do siebie pretensję, że nie posiadam ich kompaktów w swojej płytotece.

Na pewno też sporo zawdzięczam Talking Heads. Moją ukochaną ich płytą jest eksperymentalna Fear Of Music, którą produkował Brian Eno. Była ona dla mnie najlepszym wprowadzeniem do albumu Davida Byrne'a i Eno, My Life In The Bush Of Ghosts... Obie te płyty zrobiły na mnie wielkie wrażenie. A ta druga prześladowała mnie tak długo, że sam zacząłem kombinować podobnie - w sensie metody. Zastane byty muzyczne łączy się z zupełnie nowymi sprawami, które samemu się przygotowuje. Taki właśnie był - najogólniej biorąc - pomysł na OjDADAna. Naturalnie na tym kończy się pokrewieństwo... I myślę, że My Life In The Bush Of Ghosts słuchało się trochę tak jak Dark Side Of The Moon: wymagała od słuchacza głębokiej "współobecności", specjalnego zaangażowania.

Muszę opowiedzieć jeszcze o facecie, który świetnie funkcjonował w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - o Bryanie Ferrym. Jest to - oczywiście - inna twarz muzyki, ale ja też taką muzykę lubię. I często mi towarzyszy. I gdybym miał tutaj wymienić jedną płytę Ferry'ego to byłby Avalon. Proste opowieści o miłości wyprodukowane w zdumiewający, rewolucyjny sposób jak na początek lat osiemdziesiątych: oszczędne granie przy wielkiej umiejętności posługiwania się dźwiękową przestrzenią. Coś, co stało się wzorcem dla wielu producentów i do dziś mnóstwo producentów mogłoby się wiele nauczyć z tego albumu. Co jeszcze? Odbieram Bryana Ferry'ego jako świetnego wokalistę, który pięknie śpiewa miłosne teksty. Dla mnie nie liczy się umiejętność wyciągnięcia najwyższego "c". Ważne jest to, że ktoś wiarygodnie opowiada o sobie...

Może teraz powiem o polskich rzeczach. Na pewno nie będę oryginalny. Płytą, która wywarła na mnie ogromne wrażenie, był Blues Breakoutów. I to też znowu dlatego, że mamy tu do czynienia z sytuacją bardzo "autorską". Breakouci byli chyba u nas wtedy jedynym zespołem, który potrafił bronić swojej autonomii tekstowej. Tu nie było żadnych cwaniaczków-redaktorów, którzy siadali i na kolanie pisali jakieś "pismo" do śpiewania (śmiech). To była dla mnie rzecz wiarygodna, bo coś o nich mówiła, a Bogdan Loebl był jakby członkiem zespołu... Uwielbiam też niektóre z wczesnych piosenek Czesia Niemena. Mogę go słuchać tak do płyt, które nagrał ze Skrzekiem (Niemen Vol 1 i 2, w kompaktowych reedycjach: Marionetki i Requiem dla Van Gogha - przyp. wk). A Niemen Enigmatic jest super. To był jego najlepszy czas. Natomiast gdybym miał wymienić jedną polską płytę z lat dziewięćdziesiątych, to byłby drugi album O.N.A. (Bzzzzz - przyp. wk), gdzie Agnieszka Chylińska napisała już wszystkie teksty.

Raczej tylko jakoś przemknę nad latami dziewięćdziesiątymi, bo... najważniejsze jest dla mnie to, co rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie. Na pewno mogę tu wymienić Are You Gonna Go My Way Lenny'ego Kravitza. Po prostu dlatego, że miałem wtedy taką odchyłkę na lata siedemdziesiąte i kiedy zacząłem nagrywać Siódmą pieczęć akurat ta płyta trafiła w moje ręce. Wtedy już mieliśmy na taśmie to nasze piano Fendera, organy Hammonda, bębny nagrywane jednym mikrofonem, a tu pojawiła się płyta w podobny sposób realizowana produkcyjnie... A poza tym są tu po prostu świetne piosenki. Co prawda mam wrażenie, że Kravitz dosyć intuicyjnie opisuje w nich swoje stany i nie za wiele ma do powiedzenia, ale jak dla mnie wiarygodność zachowuje. Jest to ktoś, kim można się przejąć.

A jeśli chodzi o te najnowsze sprawy: chciałbymwspomnieć o The Chemical Brothers i ich płycie Surrender. Oni są skończenie lakoniczni - jakby ze zdania zachować tylko interpunkcję (śmiech). A jednocześnie posługują się kilkoma językami. Posługują się językiem dźwięków typowo muzycznych, ale też dźwiękami, które oplatają tamte w sposób drażniący, a do tego dopowiadają teksty, które właściwie są samymi tytułami. To wszystko - jak mi się wydaje - razem tworzy niesamowitą miksturę, oddziałującą na te ośrodki naszej wrażliwości, które nie potrafią później dostarczyć informacji, dlatego to tak dobrze skutkuje... Sądzę, że techno to ten rodzaj muzyki, który będzie jeszcze długo żywił rock. Pytasz o Prodigy? Nie jestem w stanie zaakceptować wizerunku, który sobie stworzyli. Ta otoczka nihilistycznego obrzędu jest dla mnie nieznośna. Jest to takie wchodzenie głębiej, szukanie nosem w śmieciach - i tego nie cierpię w Prodigy. Podejrzewam, że można faszerować się drągami, gdy ma się zdrową wątrobę, ale potem następuje ból głowy i zmęczenie (śmiech).

Co mogę więcej powiedzieć o latach dziewięćdziesiątych? Temat grunge'u jest dla mnie trudny. Bardzo lubię kilka piosenek Nirvany jest genialna piosenka Soundgarden, Black Hole Sun... ale nie kupuję tego do końca. Nic nowego z tego nie uzyskałem. Podejrzewam, że grunge był czymś wspaniałym dla młodszych ode mnie ludzi, którzy nie mogli przeżyć lat siedemdziesiątych. Jeśli chodzi o rap - nie czuję się w obowiązku walczyć z tym nurtem. Sądzę, że może on zafunkcjonwać inaczej, ciekawiej, gdy - jak to się dzieje ostatnio - łączony jest z rockiem.

Jeszcze bardzo lubię Garbage. Mam ich tę drugą płytę, Version 2.0, jest bardzo dobra. A w sposobie interpretacji Sheryl Manson sięga niekiedy aż do Patti Smith. I uważam, że tak ogólnie biorąc - w Garbage są prostota i komunikat nowofalowy, oczywiście przetrasformowane przez te wszystkie lata.

Co jest teraz w moim odtwarzaczu? Chcąc nie chcąc słucham najnowszej płyty Madonny, Ray Of Light. I to jest dla mnie fenomen. Kobieta, która przez tyle lat - mając pozycję supergwiazdy - usiłowała zdobyć uznanie krytyki, nagrała w końcu album, którym zapewniła sobie wiarygodność prawie rockową. Recenzenci przestali już narzekać, że ma cienki głosik, a zaczęli się interesować tym, co śpiewa i w jaki sposób to jest podane...

Rozmawiał: WIESŁAW KRÓLIKOWSKI


początek strony