STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY
"Boje z wojem"
<<<powrót

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

BOJE Z WOJEM


"Gdy piosenka szła do wojska, to śpiewała cała Polska", ale tylko w piosence. W rzeczywistości przebój powstał z myślą wręcz przeciwną, niż głoszą jego słowa. Chodziło o to, żeby choć cześć muzycznej Polski mogła nucić piosenki w cywilu. Wszyscy bowiem - nie tylko artyści i nie tylko muzycy - śpiewająco migali się od odbywania służby w LWP, a przynajmniej próbowali wyreklamować się od wojska. Kamasze kojarzyły się z przerwą w życiorysie, końcem kariery i końcem świata. Kto wiec ostatecznie uniknął, kto wpadł i jak przeżył?


GRZEGORZ CIECHOWSKI:

- Moja walka z wojskiem trwała trzy lata: od 1981 do 1983 r., i nasilała się zawsze w okolicy maja. Od tej pory zapach bzu i śpiew synogarlic kojarzy mi się z wezwaniami do WKU. Przez pewien czas udawało mi się wybronić od armii, dzięki pomocy lekarzy, o których nie chcę mówić, Mieszkałem wtedy w Toruniu, który był wówczas ośrodkiem zamieszkanym przez różnych generałów, mieściła się tam bowiem Wyższa Szkoła Artylerii i Wojsk Rakietowych. A ponieważ w jednym z wywiadów na pytanie o wojsko powiedziałem, że nie wybieram się, kilku wyższych oficerów wyraźnie się na mnie uwzięło. Nic na nich nie działało: ani zaświadczenia lekarskie, ani usprawiedliwienia z Trójki. Zgromadziłem wtedy całą dokumentację, świadczącą niezbicie, że gdy trafię do wojska, runie od tego gospodarka socjalistyczna Polski Ludowej albo, że wpadnę w skrajny zespół dezadaptacyjno-depresyjny. Nie pomogły nawet interwencje poważnych instytucji, jak Estrada Łódzka czy tamtejszy Teatr Wielki, gdzie rozpoczęliśmy właśnie przygotowania do spektaklu z choreografią Ewy Wycichowskiej. Na koniec lekarz wojskowy powiedział rni: "Jaja masz, będziesz służył". I postraszył, że jeśli tylko zacznę symulować, natychmiast położą mnie do szpitala, oczywiście wojskowego.
Taki był finał, ale już rok wcześniej miały miejsce niezłe boje. Wtedy założona została nawet sprawa prokuratorska przeciwko mnie, za uchylanie się od służby wojskowej. Miałem już bilet do armii na 5 maja, a szóstego graliśmy koncert w Elblągu. Oni przychodzą po mnie do domu, ja - przez piwnicę, sąsiednią klatkę - do Warszawy. Tak więc sprawa była wszczęta i nagle uratował mnie najmniej spodziewany fan, którym okazał się jeden z szefów WSW w Toruniu. Po swojej brawurowej ucieczce zadzwoniłem z Warszawy do nich, do Torunia, i pytam: co dalej? Oczywiście kazali natychmiast się stawić, postraszyli aresztem itd. Pojechałem z duszą na ramieniu, a tam pułkownik pyta mnie: "Zwolnienie jest? Dobra. Chory obłożnie? Nie? To gorzej, ale jakoś załatwimy. A teraz niech mi pan powie: ten tekst Śmierć w bikini, kiedy on powstał?" Człowiek po pięćdziesiątce miał córki w wieku republikańskim, sam nas słuchał i doskonale orientował się we wszystkim, co związane z zespołem. Uratował mi skórę na rok. Kiedy problem wrócił, mój zaprzyjaźniony pułkownik był w sanatorium. Od swoich przeciwników usłyszałem wtedy: "On ci już nie pomoże". Mieli wyraźną satysfakcję.
Trafiłem do jednostki w Toruniu. Pamiętam moment, kiedy obcinali mi białe włosy, jakie wtedy nosiłem. Pamiętam też chwilę pierwszego wejścia do tzw izby żołnierskiej, spotkanie z kolegami z kompanii. Na szczęście w SPR chłopcy byli po studiach. Nie istniały więc żadne nieformalne hierarchie. Ustaliłem też zaraz na wstępie, że się myjemy. I było w porządku, trzymaliśmy sztamę.

Mankamentem okazała się moja profesja i popularność. Miałem spotkania z oficerem kontrwywiadu, który usiłował mnie agitować, strasząc, że wywiozą i pokażą takie rakiety, że już nikt nigdy nie wypuści mnie na występy zagraniczne. Cały czas naciskali też, żeby Republika wystąpiła np. w Kołobrzegu i obiecywali, że wystarczy jeden taki koncert i będę mógł mieszkać w domu i tylko przychodzić na kilka godzin do jednostki od 7 do 15. Niezmiennie odpowiadałem wtedy, że ja tu przyszedłem szkolić się na artylerzystę, choć faktycznie prowadziłem taki wewnętrzny strajk włoski, stałem się impregnowany na wszelką wojskową wiedzę. Nauczyłem się tylko strzelać, rzucać granatem i krzyczeć: hura!
Tuż przed egzaminami oficerskimi zostałem przeniesiony do Łodzi, w związku z wcześniejszymi zabiegami Teatru Wielkiego. I tam trafiłem fatalnie, bo do szkoły politruków, do której przyjmowano tych, co w czasie studiów byli w partii. Natychmiast mnie podkablowali, że jeżdżę prywatnym samochodem, nie było mowy o żadnym koleżeństwie. Jeden z oficerów postanowił oddelegować rnnie na spotkanie z żołnierzami, jako sławnego człowieka. Woła mnie i mówi: "Pojedziecie spotkać się z żołnierzami łączności w jakimś tam Szczebrzeszynku, pogadacie o tym graniu, jak to jest na tej scenie, kto posuwa tą czy tamtą, no wiecie, o co chodzi. Chłopaki posłuchają..." Dobra - mówię - ale skoro mam jechać jako Grzegorz Ciechowski z Republiki, to poproszę cywilne ciuchy, taksówkę i honorarium. Nie pamiętam już ile powiedziałem, ale dużo. Dość długo trwały konsultacje z wyższymi czynnikami, w końcu przychodzi i pyta: "Może być gazik?" No i pojechałem, za honorarium kupiłem kilka butelek wódki, napiliśmy się z chłopakami.
Egzamin końcowy też wyglądał jak farsa, bo na każde pytanie odpowiadałem, że nic nie wiem, że mogę ewentualnie z artylerii, ale też niechętnie. W końcu postawili mi tróję i wysłali na parę miesięcy do biblioteki, gdzie siedziałem po kilka godzin dziennie z taką miłą panią bibliotekarką i czytałem książki. Wtedy już był luz.

"Machina" Grudzień, 1996, Numer 9


początek strony