STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY
Rozmawia Marian Butrym
<<<powrót

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

MARIAN BUTRYM ROZMAWIA
Z GRZEGORZEM CIECHOWSKIM

Grzesiu, jesteś liderem grupy REPUBLIKA, grasz na fortepianie, flecie i śpiewasz. Myślę, że możemy porozmawiać o artystycznej duszy zespołu ?

Zgoda, ale z tym zastrzeżeniem, że nie wszystkie moje poglądy są równocześnie z opiniami moich kolegów.

Przecież musicie zgadzać się w kwestiach artystycznych, żeby razem muzykować?

Inspiracja artystyczna jest często przypadkowa, dopiero wspólne poszukiwania mogą dać ostateczny efekt w postaci utworu muzycznego. Każdy z nas ma własny bagaż doświadczeń, inne kryteria wyboru, charakter, osobowość, ale fakt, że wizję rocka mamy wspólną.

Pozwolisz, że przedstawię zespół: Grzegorz Ciechowski czyli Ty osobiście oraz pozostali republikanie: Sławomir Ciesielski - perkusja i śpiew, Zbigniew Krzywański - gitara solowa, śpiew, Paweł Kuczyński - gitara basowa. Republika jest, ujmując najogólniej, formą państwowości opartą na wyborach powszechnych. Czy nazwa zespołu ma w Waszym przypadku jakieś rzeczywiste uzasadnienie, czy jest faktem bez znaczenia?

Nazwa jest ściśle związana z tym, co robimy, ma pełne pokrycie w obrazie tekstowym, jaki chcemy wytworzyć. Chodzi nam o to, żeby zarówno zespół, jak i muzyka czy teksty łączyły się nie tylko z estradą czy jakimś brzmieniem, ale by nosiły oryginalną osobowość, aby muzyka była jedynie medium, przekazującym treści. Takie jest zresztą zadanie rocka, o czym się u nas często zapomina. W każdym razie nasza nazwa oddaje poetykę tekstów zrozumiałą najlepiej dla znających współczesną literaturę z pogranicza science fiction jaką uprawia na przykład Vonneguth, w naszym przypadku rock oznacza więc republikańską formułę wolnego wyboru myślowej akceptacji naszych tekstów i emocjonalnej zgody na naszą muzykę.

Przyznajesz, że jest to mocna intelektualnie podbudowa dla piosenek. bo takiego uzasadnienia jeszcze nie słyszałem.

Uważam, że jeżeli ktokolwiek chce coś robić w tzw. sztuce to nie może podchodzić do sprawy automatycznie, bez przemyślenia koncepcji. Ja wiem, że normalnie jest tak, że ktoś robi program, jakiś facet pisze teksty na zlecenie, cztery próby i na estradę. To nawet może dobrze brzmieć, bo muzycy są rutynowani, ale będzie zawsze puste od środka, nijakie, miałkie. Były już zespoły próbujące stworzyć zamknięty organizm twórczy. My też próbujemy czegoś takiego. Nie tylko w tym sensie, że muzyka i teksty powstają w zespole, ale chodzi o stworzenie nowej koncepcji całościowej, metaforycznej, która zmuszałaby ludzi do refleksji, która ingerowałaby w ich wnętrze, prowokując nowe sytuacje i struktury myślowe. Nie wyobrażam sobie grania muzyki rockowej w oderwania od wszystkiego, co dzieje się w nowoczesnej sztuce czy literaturze, od tego, co dzieje się w ludzkich mózgach.

Brzmi to trochę, jak manifest proroka nowej wiary.


Nie, nie. Żadnych manifestów, żadnych proroctw. o Jedne i drugie niczego nie zmieniają. Krótko mówiąc: jeżeli artysta ma coś do przekazania, może robić to na różne sposoby, choćby grając. Większość zespołów rockowych gra po to, by znaleźć się na estradzie, jest to ich podstawowy cel. REPUBLIKA nie po to powstała. Wchodzimy na estradę, bo mamy coś do przekazania innym i koncerty są naszym środkiem przekazu.

Teoretycznie masz rację ale skąd pewność, że rzeczywiście macie do przekazania ważne treści. Publiczność składa się głównie z Waszych rówieśników czy też ludzi niewiele młodszych, a Wy już na dzień dobry stawiacie się w roli guru, który wie coś więcej od szarej masy słuchaczy.

Boże jedyny, każdy artysta, który coś robi, musi mieć świadomość, że ma coś do przekazania. Rock traktowany wyłącznie jako rozrywka jest zasadniczym nieporozumieniem. Jeżeli dwudziestoletni autorzy wydają arcydzieła powieściowe, to znaczy, że mieli coś do przekazania. Nikt też nie odmawia praw do przenoszenia ważkich treści muzyce poważnej, jazzowej, a dlaczego rock, będący jedynie inną formą muzyczną, ma być ich pozbawiony?!

Nie musisz mnie przekonywać. BEATLESI udowodnili jako pierwsi, że zjawisko kultury masowej może wytworzyć własne wartości artystyczne i że tworzą je młodzi ludzie dla swoich rówieśników.

Ależ ja wcale nie stawiam żadnej cezury wiekowej. Nie odcinam od naszej muzyki ludzi starszych ode mnie, nie tworzę wyłącznie dla mojego pokolenia. Byłoby to nieciekawe.

Jasne, ale we wczesnej fazie rozwoju rocka muzykę młodzieżową tworzyli starsi fachmani w ramach mody, trendu czy zapotrzebowania, Na przykład Presley śpiewał piosenki skomponowane przez zawodowców, którzy napisaliby na zamówienie każdą inną, tyle że pisali dla niego i tylko talent Elvisa sprawiał, że utożsamiała się z nimi młodzież, że stawały się przebojami.

Tak jest do tej pory. Idoli animuje estrada, animują szefowie show businessu, wytwórnie płyt Gwiazdy piosenki są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, którą tworzy cała machina muzycznego interesu. Ale od czasu do czasu wyskakuje jakaś kapela, która robi to inaczej, proponuje coś innego, stara się zachować w swoich rękach ster i nadać własnym produkcjom oblicze artystyczne. Zdarza się to bardzo rzadko, a w naszym kraju jeszcze rzadziej. A my chcemy ten ster utrzymać.

A na ile Wam się to udaje? Mówię o formie artystycznej, zawartej oczywiście w kręgu rocka. I- błagam- nie mów, że jest to nowa fala, bo ten żargonowy idiom nic dokładnie nie znaczy. Na ile Wasza muzyka jest oryginalna, bo w końcu nie REPUBLIKA wymyśliła rock?


Mamy koncepcję artystyczną, a wybierając medium, jakim jest rock, tworzymy coś nowego przez swoje wewnętrzne struktury określone umiejętnościami, talentem, doświadczeniem, przeżyciami każdego z nas. Nie sposób tego opisać, trzeba raczej wysłuchać i zaakceptować naszą wizję rocka lub nie .Najczęściej rocka spycha się do kultury masowej, do drugiego gatunku. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Pojęcie kultury masowej jest dziś bardzo różnie rozumiane.

Uważam, że rock należy do kultury masowej choćby dlatego, że jest muzyką oddziałującą na masy.

Tak, ale w różny sposób, bo te masy są bardzo zróżnicowane.

I kultura jest bardzo zróżnicowana, i tak zwana ambitna sztuka awangardowa także. Ale rock, czegokolwiek by się o nim nie powiedziało, zawsze będzie zawarty a w kręgu szeroko pojętej rozrywki. Nie musi to być określenie pejoratywne, bo i Chopin jest w jakiejś mierze rozrywką. Lem też zaczął od rozrywki, a jego książki są niemal traktatami filozoficznymi. Ale odbiegliśmy od tematu. Powiedz, jaki jest Wasz odbiorca, do kogo najlepiej trafiacie swym rockowym posłannictwem?

Głównie myślę o takich ludziach, którzy mają receptory wyczulone na tyle, że są wstanie wziąć to wszystko, co chcemy im dać. Tacy ludzie mnie najbardziej interesują, na takich nam zależy przede wszystkim. Jasne, że są to najczęściej ludzie młodzi, bo sam koncert rockowy jest formą młodzieżową, Zdarza się jednak coraz częściej, że po koncertach czy listownie dyskutujemy na temat tekstów, książek, i takich różnych spraw. I nie są to listy z prośbą o autograf, zdjęcie, znaczek czy inne duperele. Chodzi więc o takich słuchaczy, którzy są w stanie objąć to wszystko, co im dajemy, a nawet choćby część tego.

Musisz jednak zdać sobie sprawę z drugiej strony medalu. Na Wasze koncerty przychodzą nie tylko ludzie, którzy akceptują Waszą muzykę, Was i treści. LOMBARD czy MAAANAM, byleby brzmiało głośno i równo, nie urażając nikogo, rock będzie zawsze muzyką rozrywkową w sensie dosłownym, bez względu na koncepcje artystyczne, manifesty programowe czy bogate wnętrze artystów.


To jasne, ale zawsze istnieje szansa, że tego, który przychodzi na wszystkie zespoły, uda się skaperować do swoich barw, podwyższyć mu pułap percepcji, uwrażliwić na pewnego rodzaju wartości. Nie można nie doceniać słuchaczy, mimo że przychodzą na wszystkie koncerty, jak leci. Wreszcie przecież zaczną wybierać, Niech to będzie wolny, republikański wybór. Mogę im w tym pomóc, zaskakując tekstami czy czymkolwiek, co robimy, podnieść ową poprzeczkę wymagań, to odróżnia nas od innych zespołów.

Na koncercie? Miłośnicy rocka powiedzą, że słychać tylko wspaniałą, dynamiczną, ekspresyjną muzykę, a wrogowie, że paranoiczny łomot i ogłupiający hałas. Wszyscy się jednak zgodzą, że nie można nie tylko zrozumieć tekstów, ale w ogóle słów.


Sprawa czysto techniczna. Można ją rozwiązać w prosty sposób, rozdając teksty przed koncertami, co z resztą często robiliśmy. Pozwalało to nie tylko na przerzucanie tekstu, ale przygotowało ludzi do uwagi, skupienia i znalezienia tego, co dla Nas najważniejsze.

Tylko, że trochę za bardzo odeszliśmy od rozrywki. Zgoda na walor tekstu, ale jeśli go brak? Rock może być także bezpretensjonalną zabawą bez nawiedzonego, wizjonerskiego mętniactwa i groszowej filozofii. Jest bowiem poezja dobra, jest i zła. Jeżeli wszystkie zespoły rockowe zaczną udziwniać i komplikować na silę, to kto litościwie ma grać muzykę do tańca, powiedzmy, bezproblemowe disco?

Zostawmy filozofię filozofom, a wizjonerstwo nawiedzonym. Muzyka disco została tak zrugana, że nikt się nie przyzna do grania takiej muzyki. Są zespoły, które grają muzykę taneczną, chociaż się od niej odżegnują. Niepotrzebnie, bo rock jako formuła muzyczna zawiera szeroką gamę propozycji, poczynając od bezpretensjonalnej zabawy, a kończąc na poczynaniach awangardy. Dyskoteka trochę działa na zasadzie wampira, który ssie nowe soki z tego, co się dzieje w rocku. Jeżeli formą ekspresji dla młodych ludzi jest taniec, niech tańczą, nie będę ich namawiał, żeby siedzieli cicho i słuchali tekstu. Też lubię sobie czasami potańczyć.

Skoro już mówimy kto, co lubi. Istnieje w pokoleniu starszym dość silna niechęć do muzyki rockowej w ogóle, co przejawia się między innymi w określeniach typu: "szarpidruty", "łomot", "wyjcy", a także określenie użyte swego czasu przez człowieka uważającego się za speca i wyrocznię w sprawach muzyki rozrywkowej: "kafar sound", że niby tak głośno to niedobrze, z czego wynikałby logiczny wniosek, że im ciszej, tym lepiej.

Niechęć wynika chyba przede wszystkim z tego, że ci ludzie nie zdają sobie sprawy z istnienia alternatywy, do tego, co sami robią czy oni sami lubią. Nie są to ludzie zdolni do otwartości, nie potrafią być tolerancyjni wobec tego, co dzieje się w sztuce. Jeżeli stwierdzają coś autorytatywnie, nie mając pojęcia o ocenianych sprawach, to nie trzeba się nimi przejmować.

Nie można tak bardzo lekceważyć owych opinii, bo często mają one poważny wpływ na decyzje praktyczne. Jeżeli którykolwiek z zespołów rockowych ściąga swoją nazwą do sali kilka tysięcy osób płacących drogo za bilety, to z tego dla muzyków dokładnie nic nie wynika w sensie finansowym. Dostała taką samą kilkusetzłotową, stawkę, jakby na koncert przybyło 20 osób. Są natomiast artyści estradowi, na których przychodzi najbliższa rodzina, a stawki mają o wiele wyższe. Żarty żartami, ale jak powiedział w Warszawie Eric Clapton: "Bluesem nie posmaruję chleba". Muzyka jest waszym zawodem, a nie można żyć samą ambicją.

To jest pytanie pozamuzyczne, bardziej natury administracyjnej... Nasze zarobki są śmieszne i świadczą o indolencji myślowej urzędników, którzy nie wyczuwają złotej żyły. Powstałoby mnóstwo zespołów, gdyby stworzono im możliwości. Jeden zespół rockowy potrafi zarobić na działalność całej agencji koncertowej.

A Wasz zespół, co chce osiągnąć swoją działalnością artystyczną?

Chodzi nam o to, żeby w danym momencie tak orientować ludzi, jak to sobie wyobrażamy. Za rok czy dwa będziemy mieli inny program, będziemy się rozwijać nie wiadomo jeszcze, w jakim kierunku, w tej chwili Ci tego nie powiem. Gramy rocka w sposób, który uważam za ciekawy i pasjonujący.

Czy zakładacie jednak możliwość artystycznej porażki?

Wszystko jest możliwe, nie ma reguł w sztuce. Mogą nam się skończyć pomysły typu muzycznego, wyschnie źródło inspiracji. Wtedy będę starał się coś innego robić, myślę, że koledzy tak samo. Wiem jedno, że tworząc naszą koncepcję, myślę cały czas, żeby była dynamiczna, żeby nie stworzyć konkretnego stylu, który okrzepł i nie ma szans zmiany czy rozwoju, nie reaguje na to, co nowego dzieje się na świecie. Nie myślę się zapędzać w jakieś ślepe zaułki w rodzaju heavy metal, reggae, blues. Cały czas nasza muzyka musi ewoluować, bo wszystko się zmienia i my też się zmieniamy.

Kiedy w takim razie uważasz, że koncert jest udany?

Jak czuję uwagę, jak wiem, że nasz komunikat został odebrany, widzę na twarzach napięcie, gdy jest atmosfera na sali. I kiedy zdaję sobie sprawę, że to, co nadaliśmy, nie zostało tylko przetrawione, ale w jakiś sposób odcisnęło się w świadomości naszych odbiorców, A funkcje usługowe pod adresem tych odbiorców? Czy podjęlibyście się napisania muzyki do filmu lub stworzenia rock-opery? Nie na zasadzie przyjęcia zamówienia i zrobienia muzyki w konserwie. Owszem, gdybym czuł się współautorem filmu, gdyby jego treść zgodna była z moja koncepcją artystyczną. Podobnie z rock-operą, której forma jest trochę zdewaluowana, bo łączy się z fanfaronadą, z musicalem. Gdybym sam stworzył koncepcję łączącą się z tym co robię, byłaby to bardzo ciekawa praca, atrakcyjny sposób zwiększenia środków przekazu.

Tak, ale podczas koncertu macie możliwość improwizacji, modelowania nastroju, zmiany tempa, barwy, temperatury muzyki. Rock-opera bez względu na jej koncepcję i poziom byłaby później jedynie odgrywaniem taj samej płyty. Czy to nie stałoby się wyłącznie odtwórcze i usługowe?

Tak samo jest z koncertami. Są to utwory zaaranżowane, które też można grać rutyniarsko, środkami wyrazu można manipulować na estradzie i na scenie, wszystko zależy od muzyków i od serca, jakie wkładają w swoją grę.

A publiczność? Czy taż słucha sercem? Czy słuszne jest powiedzonko, że mamy głuche pokolenie?

Kompletna bzdura. Ludzie stają się coraz wrażliwsi na muzykę i na tekst. Te wszystkie oceny to sformułowania jakichś ramoli, którzy nie mają co robić i wypisują brednie. Co to w ogóle jest za generalizowanie?! Księgowy w zarękawkach czytający jakieś papiery jest kompletnie głuchy na muzykę, a facet co je pisał, słucha Mozarta. Jak w ogóle można mówić o pokoleniu, że jest takie czy inne. Jest różne. Na dyskoteki chodzą starsi ludzie i nie widzą różnicy między nimi a młodszymi, poza metryką.

Ale młodzież nie jest specjalnie ekspresyjna w wyrażaniu swoich uczuć. Na koncertach dawnego rock and rolla było tej ekspresji więcej. Teraz najczęściej słuchacze wpadają w jakiś nawiedzony, zamknięty wewnętrznie trans. Dramatyczne powiedzenie o samotności w tłumie jest coraz aktualniejsze.


Też rożnie bywa. Nie tak dawno na koncercie w Brodnicy grupa kilkudziesięciu młodych, tańcząc, zderzała się głowami.

Bez sensu.

Bez sensu? Zastanawiam się, co ich wprawiło w taką ostateczną formę ekspresji. Było na co patrzeć. Jeżeli ktoś chce się zamknąć w sobie, to po co przychodzi na koncert?

A po co przychodzą na Wasze koncerty?


Odwrócę pytanie. Co im chcemy dać? Chcemy trafić do wewnętrznej uwagi naszych słuchaczy, do nienaruszonych podkładów świadomości i do wzruszeń, do emocji, bo intelektualnie przez słowo, a emocjonalnie przez dźwięk. Niech przyjdą i posłuchają, bez hippisowskich bezsensownych gestów, haseł i obietnic, bez pozy i sztuczności. Dojdą do wniosku, że REPUBLIKA nie jest zespołem rockowym, ale poję iem, które można odrzucić lub przyjąć, które się uzewnętrznia artystycznie bez estradowej sztampy. Po to mamy biało-czarne stroje, białe światła, żeby estradowe bajery nie rozpraszały uwagi, żeby koncentrowały naszych słuchaczy,.

Czyli Wy świadomie założyliście ascetyzm formy, żeby zwrócić uwagę na treści. Zrezygnowaliście z estradowych gestów, tańców, sztuczek, dymów, światełek, wybuchów, błyskotek.

To efekty czysto spektakularne, które same w sobie niczego nie wnoszą, są protezami dla zespołów, które nie potrafią stworzyć swojej osobowości. Kolorowe światła, kolorowe stroje, efekciarskie gesty, zamiatanie włosami podłogi... Wszystko to było powtarzane miliard razy. Dla nas najważniejsze są treści, które przekazujemy przez medium rocka.

* * * * *

Opublikowanie wywiadu z Grzegorzem Ciechowskim, liderem REPUBLIKI, wywołało lawinę listów do redakcji na temat artystycznego credo zespołu. Ścierały się poglądy entuzjastycznych wyznawców grupy z jej zaprzysięgłymi przeciwnikami. Zwolennicy twierdzili, że formuła rocka proponowana przez REPUBLIKĘ zawiera coś więcej niż ekspresyjną muzykę rozgrywkową, proponuje swoisty, nieco odrealniony sposób myślenia i przeżywania, ba!- niemal całą ideologię artystyczną, a nawet swoisty manifest programowy. Przeciwnicy zespołu argumentowali równie mocno, że wypowiedzi Grzegorza są napuszone w formie i mętne treściowo, ociekają groszową filozofią i robią, wrażenie pretensjonalnych proroctw. Zabawne, że i jedni, i drudzy namawiali siebie nawzajem, aby dokonać ocen i wartościowania REPUBLIKI dopiero po wzięciu udziału w koncercie zespołu.

Myślę, że muzyka, jaką lansuje zespół, jest na swój sposób konsekwentna, co według stosowanych u nas kryteriów staje się komplementem. Właściwie od czasu debiutu na krajowej estradzie - nagrody na przeglądzie zespołów rockowych w Toruniu - zespół nie zmienił formy i stylistyki muzycznej, chociaż niewątpliwie wyraźnie je udoskonaliła. Jeśli natomiast idzie o same treści piosenek, racje polemistów z obu stron zawierają elementy prawdy. Teksty utworów wykonywanych prze REPUBLIKE mają duży ładunek pasji, ciekawych spostrzeżeń i niebanalnych refleksji, zawierają wiele onirycznej poetyki subtelnie kształtującej nastrój, lecz rzeczywiście momentami ocierają się o czystej wody grafomanię i nieudolności warsztatowe, których nie może zatrzeć stereotypowe wyjaśnienie: ale my to tak czujemy. Przekazywanie przez twórcę własnych myśli zawsze napotyka barierę środka wyrazu i same dobre chęci nie wystarczą, nawet jeżeli medium stanowi dobra i ciekawa muzyka rockowa.

Od siebie dodam, że Grzegorz Ciechowski, z którym rozmawiałem kilka godzin, należy do sympatycznych i błyskotliwych rozmówców. Spokojnie i z przekonaniem mówił o własnych przemyśleniach, udowadniając jednocześnie, że jest człowiekiem wrażliwym na sztukę, ma na jej temat wiele do powiedzenia i wierzy w swoje racje artystyczne.

I jeszcze jedna refleksja natury ogólniejszej. Można się zgadzać lub nie na formułę muzyki rockowej proponowanej przez BEPUBLIKE, można zgadzać się połowicznie - zaakceptować muzykę, uważając teksty za tandetne nudziarstwo, ale nie można lekceważyć faktu, że zespół należy do naprawdę nielicznych w kraju grup rockowych, które sformułowały własny, bogaty i umotywowany myślowo program.

Argument, że twórca powinien myśleć, wydaje się truizmem, ale jest to rzeczywiście zjawisko równie rzadkie w naszym rocku, co szklanka źródlanej wody na pustyni. W czasie, gdy wiele grup rozważa kwestię, CO i JAK grać, REPUBLIKA przemyśliwuje również nad tym DO KOGO i JAKIE TREŚCI mają zawierać poszczególne utwory. A to bardzo dużo.

MARIAN BUTRYM


początek strony