STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY
Felietony
<<<powrót

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

"Szlifowanie bruku"

Moja rodzina brała udział w utrwalaniu kapitalizmu III Rzeczypospolitej. Na okładce pierwszego numeru "Naczelnego Brukowca", w wyniku akcji niezidentyfikowanego paparazzo, wystąpili: moja żona, Anna C., moja matka, Helena C, z domu Omernik, moja młodsza córka, Helenka C. oraz mój pies, nieżyjący już buldog angielski o imieniu Szef. Zdjęcie strzelono mojej rodzince zza kazimierskiego wegła cztery lata temu, a okladka "Naczelnego B." była, jak się potem okazało, zakończeniem mającej od wielu miesięcy kampanii brukowców na temat mojego rozstania z Małgorzatą P. Była również początkiem nowej ery wzajemnych stosunków.

Sam nie. wiem, kiedy stałem się dla tych gazet tematem samym w sobie, kimś, o kim warto pisać bez względu na to, czy nagrywam jakąś płytę czy piszę właśnie jakiś szlagier, czy też leżę bezmyślnie na plaży albo susze skarpetki. Całkiem bezwiednie dałem się zapisać wraz ze swoją rodziną do gwardii kapitalistycznych nygusów, których widuje się głupkowato uśmiechniętych na licznych przyjęciach. Tworzymy w ten sposób nową warstwę społeczną, charakterystyczną dla gospodarki rynkowej.
Działamy bezinteresownie, pozbawieni zaplecza odziedziczonych fortun rodzinnych, w związku z czym nie mamy startu do zachodnich rodów książęcych, nie robimy, co możemy, aby sprostać powierzonej nam przez media dziejowej misji. Kim jesteś, bohaterze brukowca? Jakim parametrom trzeba odpowiadać. aby zostać wpisanym na stałe do magicznego kręgu "ludzi, którymi się iteresujemy"?

Punkt pierwszy: znana twarz. Najłatwiej mają aktorzy, ludzie telewizji i estrady, politycy. Twoja twarz to twój kapitał, zdobyty raz na zawsze. Wystarczy, że nagrałeś jedne płytę trzydzieści lat temu albo zagraleś w serialu, którego tytułu już nikt nie pamięta. Dla odświeżenia pamięci czytelnika wystarczy cokolwiek: np. jakiś niegroźny wypadek samochodowy, wejście złodziei do twojego domu albo - czego nikomu nie polecam - publiczne rozstanie z życiowym partnerem. Mniej entuzjastycznie przez brukowce asymilowane są publiczne nawrócenia czy też zmiana religii, tzw sposób na przechrztę). Punkt drugi: znane nazwisko. Bywa tak, że mamy znane nazwisko, jesteśmy cenieni w swoim środowisku, jesteśmy niezwykle pracowitymi naukowcami (mnóstwo publikacji książkowych), płodnymi artystami (mnóstwo wystaw i wernisaży). To wszystko nijak nie przydaje nam powszechnej popularności. Wtedy możemy uciec się do sposobu "na eksperta". Najlatwiej mają doktorzy psychologii i socjologii. Jako eksperci mogą wypowiadać się na każdy temat w praktycznie każdym programie telewizyjnym czy radiowym. Istnieją też wyższe specjalizacje eksperckie. Tutaj już wszystko zależy od uporu wydającego ekspertyzy. Znany jest przypadek ekspertki od seksu, która na co dzień para się malarstwem.

Większość z nas lubi się pokazywać w brukowcach na tzw. śpiącą królewnę, czyi "oni nam to robią, a my udajemy,
że nic nie wiemy".Idziemy sobie na przyjęcie, a tu nagle bach, bach, pstryk i już nas mają.
Jest to najprostsza forma brukowego bytu.

Punkt trzeci: przyssij się! To proste. Jeśli Mój partner czy partnerka dysponują twarzą bądź nazwiskiem, przyssij się! Po kilku latach zgodnej współobecności na wszystkich ważniejszych przyjęciach, należy rozstać się w atmosferze skandalu. W brukowych wypowiedziach przypisz sobie wszystkie osiągnięcia byłego partnera. Zyskasz byt autonomiczny.
Punkt czwarty: na chama. Bądź nieprzyzwoicie i ostentacyjnie bogaty. To wystarczy. Uwaga: przestaje działać po wypadnięciu z listy 100 najbogatszych Polaków, chyba że trafiasz za kratki i pozwalasz się dalej fotografować. Polska prasa brukowa mówi o sobie, że jest grzeczna. Owszem, na samym początku pozwalali sobie na skandalizujące materialy (między innymi perypetie rodzinne niżej podpisanego), ale teraz zmądrzeli, wyszlachetnieli, okrzepli. W swojej wielkoduszności przyznają się do posiadania niezliczonych maierialów rozwodowych, których nie publikują. Chyba zrozumieli. że strzelając oszczerstwem i tanią sensacją, wytłuką w krótkim czasie nieliczne stadko lwów i lwic salonowych i nie będą mieli o kim pisać. Ludzi znanych jest sporo, ale co mogą wyciągnąć brukowce z popularności Lema czy Różewicza ? Nic. A z popularności Jana Nowaka-Jeziorańskiego czy Olgi Tokarczuk? Też nic. Znana facjata i nazwisko to za moło, by brukowce mogły się nami karmić. Potrzebne jest do tego jeszcze nasze wewnętrzne przyzwolenie, i pod tym względem, my - bywalcy brukowców, jesteśmy również wewnętrznie zróżnicowani.

Większość z nas lubi się pokazywać w brukowcach na tzw. śpiąca królewnę, czyli "oni nam to robią, a my udajemy, że nic nie wiemy". Idziemy sobie na przyjęcie, a tu nagle bach, bach, pstryk i już nas mają. Jest to najprostsza forma brukowego bytu. Niemniej jednak bywamy na takich przyjęciach i samą już tylko obecnością wyrażamy swą cichą zgodę na uczestnictwo w tej zabawie. Bardziej wyrafinowanym sposobem pokazywania się na brukowych łamach jest sposób "na ślepaka". Rzekomy paparazzo włazi nam na łeb, fotografuje nas w sytuacjach pseudointymnych, a my udajemy, że go nie widzimy. Cala sytuacja jest, rzecz jasna, dokładnie zaaranżowana, zdjęcia pozbawione charakterystycznej nieostrości, ale my zachowujemy możliwość tłumaczenia się przed niektórymi znajomymi, że jesteimy kolejną ofiarą zamachu na naszą prywatność. Cała reszta bywa w brukowcach jawnie i dobrowolnie, czerpiąc z tego procederu niezwykłą przyjemność. To dla nich właśnie życie samo w sobie jest tylko pretekstem do brukowej puenty. Ich domy stają się miejscami publicznymi. Zanim zmienią żaluzje na wertikale, muszą się zastanowić, jak to będzie wyglądało na piątej stronie czegoś tam. Redakcje brukowców spełniają role komisariatów, gdzie składa się meldunki o kradzieży, podobnie tu wlaśnie zglasza się narodziny kolejnych potomków, niczym w urzędach Stanu cywilnego. Przeprowadzka? Trzeba to zgłosić do prasy! Kryzys w małżeństwie? Biegiem do redakcji! Nadzieja na nowy związek? Natychmiast trzeba zrobić zdjęcie z tajemniczym uśmiechem. To działa. Po jakimś czasie lojalnej wspólpracy okazuje się, że zamieniamy się w swoiste perpetuum mobile. Już nie musimy występować w kolejnych filmach, prowadzić talk-show w telewizji, nagrywać nowej plyty. Wystarczy być zdrowym albo chorym, okradzionym albo oszukanym przez męża, być na wakacjach albo być na przyjęciu. Jesteśmy w obiegu i tylko to się liczy. Nieobecność w kolejnych trzech, czterech numerach napawa nas niepokojem. Nieobecność przez 2-3 miesiące nabiera cech nagonki. Wtedy musimy szybko coś zmalować. Bo jeszcze o nas zapomną. Utrwalanie kapitalizmu nie jest wcale takie latwe. Z pozoru dyspozycyjni, wyzuci z prywatności, ciągle w niewygodnej pozie "na widelcu", udajemy swoją obojętność i pogardę dla brukowców.

Jeżeli chodzi o mnie i moją rodzinę, nie oferujemy im żadnej współpracy, poza obecnością na niektórych imprezach. Preferujemy konsekwentnie sposób "na śpiącą królewnę". Mam na to dowody w postaci kilku artykułów, gdzie materiały zdjęciowe sq nieostre, a moją żonę pomylono ze szwagierką. Ruda suka, Orka, z którą fotografuje się przy okazji tych felietonów, niech będzie żywym ostrzeżeniem dla wszystkich paparazzi. Mam zaświadczenie od tresera, że atakuje bez warknięcia na widok długiego obiektywu.

początek strony