STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY
Felietony
<<<powrót

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

"ŻABY SUSZONE"

udało się. Mówię tak, bo minął rok z okładem, odkąd nie palę... Nie palę, nie kurzę, nie jaram, nie pociągam, nie puszczam dymka, nie biorę od kogoś macha, słowem: ucieklem. Odnajduję potwierdzenie tego faktu na każdym kroku. Choćby teraz: padły właśnie pierwsze zdania tego tekstu, ulotnego jak papierosowy dym. Czyż jest lepsza okazja? Tymczasem mam do dyspozycji gumę do żucia bez cukru, którą czasami atawistycznie częstuję palących kolegów. Odmawiają z pogardą.

Oni wiedzą. Wiedzą nie tylko to, że opuścilem ich ledwo trzymającą się na powierzchni tratwę i przesiadlem się do transatlantyku o dumnej nazwie "Tylko dla niepalących". Oni wiedzą, że w glębi duszy pozostałem nikotynikiem i nie zasługuję na lepsze traktowanie. Tymczasem ja przechadzam się po niedostępnych salonach, a oni sami zamykają się w gettach, w ten sposób zachowując wolność palenia. Jestem nikotynikiem. Przyznaję się do tego publicznie, zatem nie mogę użyć efektownego frazeologizmu: jestem anonimowym nikotynikiem. Nikotynizm, podobnie jak alkoholizm czy inny narkotyczny nalóg, podlega prawu, które nazwałem na wlasny użytek "prawem zasuszonej żaby". Każdy biolog czy zoolog pewnie się skrzywi na te herezje, ale ponoć istnieją gatunki żab, ropuch czy kijanek, które latami potrafią trwać w stanie zupełnego wysuszenia. Przychodzi deszcz, a te stwory, niczym nieśmiertelne wampiry, ożywają i wyruszają na żerowisko. Kilka lat temu poznałem za granicą bardzo poważnego biznesmena. Zaprosił mnie na wystawną kolację. Wszystkie frykasy, najlepsze wina. On - oprócz wody - nic, ani łyka. Ja - a jakże - whisky w sporych ilościach. Na zakończenie miłego wieczoru fundator propanuje szampana. Wybieramy najdroższą butelkę. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia rano. Nie było następnego dnia. Ani jeszcze następnego, ani jeszcze następnego po następnym. Żaba ożyła w nim po jednym łyku szampana. Spotkałem go po czterech dniach w jakimś barze. Wyglądał jak kloszard. Był w tym samym garniturze, na twarzy kilkudniowy zarost. Bawił się świetnie jeszcze do wieczora. Potem odtrucie, tydzień w łóżku, cała historia od początku. Wyznaję teorię, że predyspozycje do nałogu są częścią naszej osobniczej konstrukcji. Nie miewam większych kłopotów z opanowaniem alkoholi. Korzystałem z nich towarzysko, często też oczekuję od nich pomocy w penetrowaniu własnych talentów (przykład: za miesiąc wchodzę do studia z nową płytą, a dwanaście tekstów w rozsypce). Znam narkotyki (z twardymi włącznie) i mogę powiedzieć, że bez zbędnych ceregieli uciekłem od nich tak szybko, jak je poznałem. To niebezpieczne bestie, ale do mnie dostępu nie mają. Natomiast papierosy, fajki, fajeczki, szlugi... O, tutaj zaczyna się zupełnie inna historia. Moje żaby ożywają po jednym machu. Nie palę od roku. Od sylwestra 1996/1997. Dokładnie z wybiciem ostatniego uderzenia noworocznego kuranta wyrzucilem ostatniego papierosa.

Nie palę, nie kurzę, nie jaram, nie pociągam,
nie puszczam dymka, nie biorę od kogoś macha,
słowem: uciekłem.

Zanim to nastąpiło, prowadziłem walkę z nałlogiem tyleż nierówną, co beznadziejną. Przez ostatnie dwadzieścia lat nie udało mi się spędzić ani jednego dnia bez papierosa. A ostatnich kilka upłynęlo mi w poczuciu winy i ciągle odnawianych postanowieniach. Nie było wieczoru, żebym nie patrzył na siebie z pogardą w lustro, nie byto poranka, który nie wydawałby mi się dobry na zerwania z tym procederem. Wszystko na nic. Codzienne rytuaty odpierały najszlachetniejsze postanowienia.

Nikotynizm pozbawia wszystkiego, co robimy, wartości samoistnej. Nie potrafimy bez fajek skonsumować rzeczywistości. Przeciwnie - to ona właśnie jawi nam się raczej jako nieustające pasmo okazji do palenia. Rodzi nam się dzieciak - palimy fajkę. Umierają nam rodzice - palimy fajkę. Nasze posiłki (śniadania, obiady, kolacje) to fantastyczna gra wstępna do zapalenia papierosa. Akty miłosne każą nam szukać swojej właściwej pointy nie w orgazmach, a w fajeczce wypalonej już "po wszystkim".

Mój przyjaciel, czynny nikotynik, na moich oczach wpadł w prawdziwy szał nie wtedy, kiedy odkrył, że jego nowiutka honda została właśnie nawiedzona przez złodziei, którzy po pierwsze: rozbili dużą boczną szybę, po drugie: rozłupali pół tablicy rozdzielczej, żeby się dostać do radia, po trzecie: "zwinęli" radio (bardzo cenne)... To wszystko kolega zniósl dzielnie. Kiedy jednak okazało się, że złodzieje ukradli również ostatnią paczkę papierosów, ryk jego gniewu mógł zmrozić krew w żytach nie jednemu przestępcy. Bez papierosa nie mógł skonsumować swoich strat. Jestem farbowanym lisem. Mam wrażenie, że inni nikotynicy to wyczuwają. Przyjaciele nie częstują mnie dla samej kurtuazji. Z niepokojem patrzą na mnie, kiedy wyjmuję z ich paczki papierosa i wącham go czule. Dopiero teraz, po roku niepalenia, czuję prawdziwy zapach tytoniu. Kiedy miałem siedem lat podwędziłem ojcu "Playersa" bez filtra. Właśnie tak pachniat. Nie bójcie się koledzy. .. Nie zapalę. Jeżeli będę chciał kiedyś swoją suszoną żabę wystawić na próbę deszczu, to uczynię to w samotności. Żeby nie było na was... Tymczasem kilka rad neofity dla tych, którzy wciąż jeszcze korzystają z wolności palenia. Przede wszystkim, jako nieczynny nikotynik, pragnę WAS wszystkich serdecznie pozdrowić. Sercem jestem z WAMI, ale ciałem, niestety, już gdzie indziej. Muszę być z WAMI szczery: będzie gorzej. Będziecie spychani na margines rzeczywistości. Pojedźcie sobie do Nowego Jorku, to się przekonacie. Zresztą u nas za chwilę będzie tak samo. W restauracjach dostaniecie stolik z widokiem na magazyn środków czyszczących. W tzw. gmachach użyteczności publicznej palenie zostanie zrównane w powszechnym odbiorze z napaskudzeniem na posadzkę.

Oto obiecane rady (osoby nie znikotynizowane proszone są o ominięcie tego fragmentu, bez względu, na to czy obecnie palę czy nie, jestem palaczom winny lojalność):

1. Pamiętaj, że dym papierosowy jest o wiele, mniejszym smrodem niż ten, który wydobywa się z twoich ust;

2. Pamiętaj, że każdy niepalący osobnik po spotkaniu z tobą musi wyprać wszystkie swoje ciuchy i wejść pod prysznic;

3. Kiedy pytasz niepalących właścicieli mieszkania, którym składasz wizyty "Czy mogę zapalić?" - to wiedz, że pytanie to brzmi w ich uszach następująco: "Czy mogę wam nasmrodzić?". Ich przyzwalająca odpowiedź po przetłumaczeniu brzmi następująco: "Tak, zapal sobie... Zasmrodź nam dywan, zasłony, nas, będziemy mieli powód, żeby cię zapamiętać!"

4. Osoby ci najbliższe, nawet te, które nie palą, nie czują twojego smrodu, dopóki nie dasz im nadziei na trwale zerwania z nałogiem. Dlatego nie ulegaj ich zapewnieniom, że nie śmierdzisz.

5. Pamiętaj o różnych poważniejszych sprawach (rak, serce itd.), ale również i o tym, że te niepalące "sęki" też mają prawa i w jakiejś tam części możesz do nich dolączyć. Tak, jak ja to zrobiłem... Budzę się rano. Zwykły poranek. Biorę kąpiel, schodzę na dól. Moja ruda suka Orka cieszy się jak gtupia. Ona też od ponad roku już nie musi śmierdzieć dymem.

początek strony