STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY
Felietony
<<<powrót

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

"SPOTKANIE Z IDOLEM"

Niezły tytuł... Zawdzięczam go eksperymentowi, któremu poddałem się dla potrzeb niniejszego felietonu. A było tak...

Telefon z Torunia. Dzwonią do mnie z tzw. placówki kulturalnej Dwór Artusa (niewtajemniczonym winny jestem wyjaśnienie: Dwór Artusa jeszcze dwadzieścia lat temu był siedzibą legendarnego klubu studenckiego "Od Nowa "; wtedy to właśnie stawiałem swoje pierwsze kroki nieopierzonego szarpidruta). Zatem dzwonią do mnie stamtąd, czyli z kolebki mej i macierzy, i proponują spotkanie... "Spotkanie? " - pytam.

" Tak, organizujemy je cyklicznie... Ostatnie, bardzo udane, było z Krzysztofem Hołowczycem..."

"A co pan Hołowczyc robił?" - pytam dociekliwie.

"Nic takiego... Po prostu, odpowiadał na pytania. Przychodzi do nas bardzo inteligentna młodzież..."

Inteligentna... Skoro inteligentna, to na pewno złośliwa - myślę sobie. Ale z drugiej strony... Toruń, starzy kumple... Przejdziemy się po tych wszystkich knajpkach, pubach... Czy będzie w najbliższym czasie lepsza okazja? Nie będzie! Hotel załatwiony, honorarium przepuścimy z kolegami, a na dokładkę można o tym będzie felieton napisać... Jadę!

Do Torunia kilometrów 200, odległość topnieje mi w oczach, aż tu nagle telefon. Dzwoni Zbyszek, kolega z "Republiki". Torunianin. "Cześć, idolu!" - mówi. " Cześć - odpowiadam. - Co za cholera z tym idolem?" "Takie są plakaty na mieście... Spotkanie z idolem. I twoje nazwisko..." "Ty chyba żartujesz?!" - walę pięścią w kierownicę. "Niestety, nie... Ale nie martw się. Przyjdziemy cię wspomóc..." Jadę dalej, bo co mam robić? Jadę na spotkanie z idolem, z jakimś bytem abstrakcyjnym, który - przez nadużycie organizatora - został utożsamiony z moim nazwiskiem. Sam jestem ciekaw, co to za jeden, ten idol... A dzisiaj mam go godnie reprezentować. Na domiar złego, wybrałem się na wojnę bez zbroi. Stając przed publicznością mam zazwyczaj w dyspozycji broń wieloraką w postaci instrumentów, aparatury świetlnej i nagłaśniającej, piosenek, które mogę wyśpiewać z zamkniętymi oczami, oddzielając się od otoczenia. Są koledzy - muzycy w odwodzie, którzy odciągają ode mnie uwagę, jest ciemność i nastrój itd. itp... A dziś? Dzisiaj nic na obronę. Sala jasna i pusta, dwa statywy z dwoma mikrofonami (jeden dla mnie, drugi dla publiczności, o ile taka się w ogóle przydarzy), stół prezydialny i przy nim ja, tzw. idol. Bezbronny jak ślimak wyciągnięty wykałaczką ze skorupy. Natychmiast stają mi przed oczami sytuacje podobne do dzisiejszej, a było ich w moim "życiu idola " co najmniej kilka.

Jedną z nich zgotował mi kolega ze studiów, który podstępnie zaprosił mnie do siebie na wieś gdzie pracował jako nauczyciel. Było to ze dwanaście lat temu, ale pamiętam wszystko z przerażającą dokładnością. "Tylko bądź punktualnie o czternastej, bo będę miał dla ciebie niespodziankę" -powiedział, kończąc rozmowę.

Od razu wydało mi się to podejrzane, ale nie przypuszczałem, że zmaluje mi taki numer. Zaparkowałem przed szkołą i z daleka widzę mojego kumpla. Przechadzał się, niby od niechcenia, po boisku. Wokół cisza jak makiem zasiał. "Ale jesteś punktualny, stary! To dobrze! To tylko dobrze o tobie świadczy i świadczy też, że nas nie olałeś!" "Jak to, WAS?" - pytam podejrzliwie.

Sala jasna i pusta, dwa statywy z dwoma
mikrofonami (jeden dla mnie, drugi dla
publiczności, o ile taka się w ogóle przydarzy),
stół prezydialny i przy nim ja, tzw. idol.

"Nieważne... Chodź, pokażę ci naszą salę gimnastyczną..." "Ping-pong - myślę sobie. -Będziemy grać w pingla? To jest ta niespodzianka?" -pytam naiwnie. "Tak, tak"- odpowiada kumpel, wlokąc mnie przez szkolne korytarze jak czterolatka. "Zamknij oczy!" - żąda kumpel. "Ty, w co ty mnie wpuszczasz?" - pytam i już wiem, co się świeci, bo zza drzwi sali gimnastycznej szum dochodzi, charakterystyczny dla niecierpliwiącej się dziatwy. Otwieram drzwi, co działa jak sygnal dla dyżurującego przy gramofonie malucha, który odpala na cały regulator jeden z hitów "Republiki". Kumpel triumfalnie przeprowadza mnie do stołu prezydialnego. W pierwszym rzędzie zasiadło ciało pedagogiczne, z dyrektorem szkoły na czele. Na ścianie, pod koszem, olbrzymi napis starannie wycięty ze styropianu: ,,Spotkanie z idolem''. Oklaski. Kumpel wniebowzięty. Sam wali brawo najglośniej. Na stole, w kartonie, dziesiątki przygotowanych przez uczniów karteczek z pytaniami w rodzaju: "Czy lubisz Michaela Jacksona", "Jaki jesl twój ulubiony kolor", Czy to prawda, że punki obcięły ci grzywkę". "Dlaczego nie lubicie chlopaków z Lady Pank"... l co? Co miałem zrobić? Obrazić się na kumpla, odwrócić się na pięcie i dać drapaka " Nie... Grzecznie odpowiedziałem na wszystkie pytania, . wielokrotnie zapewniłem audytorium, że mój kumpel (a ich nauczycie) jest moim bliskim kumplem, napilem się wódki z ciałem pedagogicznym. przespałem w służbowym mieszkaniu kumpla i następnego dnia rano, jeszcze przed pierwszym dzwonkiem, wymknąlem się z pułapki. Druga sytuacja byla jeszcze groźniejsza, ale i bardziej komiczna. Tym razem nie mogłem odmówić wlasnej siostrze, Oli, która belfruje w LO w Tczewie, naszym mieście rodzinnym. Koniec czerwca, z sześć lat temu... "Przyjedź koniecznie. To jest bal maturalny i zjazd starych roczników jednocześnie. Nie może cię zabraknąć! Ja zdobędę w oczach moich wychowanków trochę punktów, a ty się świetnie zabawisz!" Co było robić? Jadę do Tczewa, do swojego starego liceum. Spóźniłem się znacznie. Było już dobrze po 22.00, ale -jak to w czerwcu - dopiero zmierzchało. Podobna sytuacja: znowu parkuje przed szkolą i widzę jakiegoś chudzielca z brodą, który - choć utai sam - wskazat mnie palcem i powiedział glośno: "Mamy go!" Po czym puścili się biegiem po schodach. Dopiero teraz go poznałem. To by Kaziu T, którego pamiętam jako naczelnego recytatora, aktora, konferansjera naszego liceum. Ze dwa albo trzy lata starszy ode mnie. Trochę to byio dziwne, że się ze mną nie przywitał, ale - jak się potem okazało - miał ważniejszą misje do spełnienia. Wchodzę w sam środek zabawy. Mnóstwo par na parkiecie. Do tańca tnie orkiestra miejscowych klezmerów. Kaziu T. biegnie przez scenę, połykając się o sprzęt, w końcu dopada wokalistę, wyrywa mu mikrofon i krzyczy: "Stop orkiestra' Stop! Cisza!" Orkiestra cichnie. Wszystkie paiy na parkiecie przestają tańczyć, spoglądając z zaciekawieniem na zadyszanego Kozika.
Skóra cierpnie mi na grzbiecie, bo wiem, co zaraz będzie się działo. Kaziu, po krótkiej pauzie, ruszyi ostro: "Panie, panowie! Tak oto obietnica przeobraża się w czyn! Po latach pracowitej nieobecności przybywa do nas ten, którego przedstawiać i przypominać nikomu nie trzeba! Przed państwem lider legendarnej Republiki, słynny również lako Obywatel G. C, nasz kolega ze wspólnej szko
lnej lawy - Grzegorz Ciechowski! Sto lat, sto lal, niech żyje, żyje nam... " Ktoś prowadzi mnie za rękę w stronę sceny. Na parkiecie część tańczących par pohukuje i klaszcze, część jest wściekła, że z mojego powodu przerwano im taniec. Usiłuje odnaleźć w tłumie moją siostrę, żeby posłać jej zabijające spojrzenie, ale nigdzie jej nie widzę. Już jestem na scenie, a obok mnie Iwona, moja pierwsza sympatia licealna z obozu harcerskiego. Okazuje się, ze Iwona jest teraz w dyrekcji i z jej krótkiego przemówienia wynika, że nie mogę odmówić krótkiego recitalu. Czuję, że tonę, pogrążam się coraz głębiej, jak w jakimś koszmarnym śnie. Jedyny ratunek, to zagrać i zaśpiewać. Podchodzę do ustawionego instrumentu, na który w normalnych warunkach nawet bym nie spojrzą! I co? Zaczynam grać! Klezmerzy zajmują miejsca za instrumentami i gotują się już do akompaniamentu. Tonacja? Tempo? Strojenie instrumentu ? Nieważne! Ruszamy! Sala zwariowała! Jeszcze jedna piosenkę'.' Proszę bardzo. Kolejny bis? Nie ma problemu! Dawno już nie widziałem tak rozszalałej publiczności. Dobra jest. występ zaliczony. Teraz do stolików. Najpierw trzeba obtańczyć kadrę, potem koleżanki. Potem wszystkich rozpoznać i przekonać, że pozosialem niezmieniony. Co chwilę fotografuje się z grupką maturzystów. Fotograf jest w siódmym niebie. Pyta mnie, czego uczę, że jestem taki popularny wśród młodzieży. Pewnie podczas mojego występu byt poza salą. Udalo się. Wychodzimy z siostrą. Wieczór zaliczony. Tymczasem do Torunia zostało mi kilkanaście kilometrów, i wiem, że nieuchronnie zbliża się ów stół prezydialny z mikrofonem, do którego zaśpiewać można tylko najlepszy szlagwort roku '97 autorstwa Kuby Sienkiewicza: "Co ja robię tu? Co ty lulaj robisz?" i że nie ma już dla mnie. ratunku.

PS Nie bylo tak źle. Szefowa Dworu Artusa okazała się moją koleżanką ze studiów. Młodzież przybyła licznie i inteligentnie milczała podczas gdy wynajęty przez organizatorów dziennikarz (też stary kolega) prowadzil ze swadą spotkanie, Kolejne spotkanie z idolem", które, jak większość takich spotkań, polega na przekonaniu publiczności, że jesteśmy najzupelniej normalni, zaliczone bez większych strat.

początek strony