STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY
Felietony
<<<powrót

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

"UKŁON jurora"

.Niełatwo być jurorem. To widać na pierwszy rzut okna. Juror, szczególnie taki prawdziwy, ten od festiwali piosenki, to ktoś, kto usiądzie z podniesionym czołem na wskazanym przez organizatora miejscu i przez cały czas pozostaje do dyspozycji kamerzystów. Musi być ubrany gustownie i godnie. Juror mężczyzna powinien być ogolony, nie robić min, które zdradzają jego preferencje. O klasie jurora świadczy przede wszystkim jego ukłon. Następuje on w początkowym, choć - wydaje się -jednocześnie kulminacyjnym stadium jego bytu. Podczas prezentacji.

W zależności od rodzaju dzielimy go na:

a) typ a la "Jezus z Rio de Janeiro " - juror wstaje i trwa przez stosowny czas w bezruchu z podniesionymi wysoko ramionami, jedyny dozwolony ruch to ruch głową na prawo i na lewo;

b) typ "na skromnisia", polega na wykonaniu 2, 3 dygnięć w półzgięciu (oderwanie pośladków od ławki ok. 5-20 cm). Często atrybutem jest marynarka założona na ramiona z wystudiowaną niedbałością, rękawy zwisają puste, w pracowitych dłoniach notatnik;

c) typ "na Światowida" - juror wstaje i rytualnie oddaje cześć co najmniej trzem z czterech stron świata, wykonując sztywny i energiczny skłon głowy;

d) typ "zagadany" jest podczas prezentacji bardzo zajęty; widać, że ustala ze swoimi sąsiadami strategię ocen i jedyny dźwięk, który jest w stanie oderwać go od tych zajęć, to brzmienie jego nazwiska; wówczas oddaje się na chwilę próżności i uśmiecha się kwaśno, nie wstaje. Ukłonów jurora jest, oczywiście, znacznie więcej. Ale - rzecz charakterystyczna - rodzaj ukłonu prawie nigdy nie jest odpowiedni do reakcji publiczności. Tak więc gwiazda estrady, zasiadająca w jury, częściej dygnie "na skromnisia", a nikomu nie znany dyrektor artystyczny firmy fonograficznej sterczy "na Jezusa" z podniesionymi łapami, mimo że rachityczne oklaski już dawno umilkły.

Werbunek jurorów odbywa się zazwyczaj za późno. Budzi to wśród werbowanych uzasadnione podejrzenia, że są zapraszani "na zapchajdziurę". Stąd też ranga werbującego rośnie w zależności od tego, ile tygodni zostało do festiwalu. Jeśli mówimy tu o letnich festiwalach piosenki, pierwsze sygnały są wysyłane przez organizatorów na początku kwietnia. Wtedy dzwonią jeszcze tylko kierownicy produkcji. Ustalają, czy uda się zsynchronizować pobyt nad morzem ze sprawowaniem sprawiedliwości w Sopocie, wypadu do Włoch z sędziowaniem w Opolu. Pod koniec maja dzwoni już - co najmniej - reżyser festiwalu.

O klasie jurora świadczy jego ukłon.
Następuje on w początkowym stadium jego bytu:
podczas prezentacji.

Na dwa tygodnie przed festiwalem dzwoni już sam DYREKTOR. Przyznaje, że w związku z naglą śmiercią Franka Sinatry, w jury nastąpił wakat i pyta drżącym głosem, czy jedyna osoba, która jest w stanie zastąpić mistrza, nie odmówi i podejmie się przewodniczenia jury w... (tu pada nazwa festiwalu).

Za ile? To pytanie chciałby zadać każdy juror już na samym wstępie, ale jurorowi nie wypada... Podróż i "szamka" powinny bycza darmo, to się wie. Reszta to honorarium. A honorarium to nie jest jakaś tam głupia wyplata. Cały urok honorarium jurora polega na jego tajemniczości. Organizator nigdy nie śmie zachęcać jurora do wzięcia udziału w pracach festiwalu wysokością zapłaty. Jurorzy przyjeżdżają więc, spotykają się ze sobą raz i drugi... Dzielą się, niby od niechcenia, na podgrupy, wieczorem podpijają sobie w barku hotelowym... Wymieniają się ze sobą materiałami reklamowymi o wykonawcach, aż w końcu któryś zadaje głośno takie oto pytanie: "Tyle roboty z tym festiwalem... Czy my chociaż wiemy, za ile pracujemy?" Okazuje się, że nikt nic nie wie. Wtedy też zazwyczaj pojawia się ktoś z kierownictwa produkcji. "Nie jest źle, proszę państwa" - zapewnia. - "Lepiej niż w zeszłym roku". "No, to spoko..." - mówi juror - recedywista. I wszyscy się relaksują.

Narzędziem pracy jurora jest jego notatnik. Bywają festiwale, które produkują na tę okoliczność własne gadżety. Są zazwyczaj ohydne, nieporęczne, wściekle kolorowe, nie pasujące ani do dystyngowanych garniturów, ani do wytwornych kreacji. Mimo to, na jakiś czas, stają się w dłoniach jurora dokumentem o wiele ważniejszym i bardziej tajnym niż wszystkie tajemnice Kuklińskiego razem wzięte. Notatki jurora... To jest coś! Dorwać się do nich wcześniej, przed ogłoszeniem werdyktu... Czy stawia tylko plusy i minusy? Czy ma swoją punktację? Czy też - co jest najbardziej interesujące - czyni na marginesach własne uwagi? Za kulisami, gdzie zwykle wtedy chadza, aż roi się od przyjaciół. Wszyscy uśmiechnięci, znacząco unoszą brwi.

-I co - pytają - już wiadomo?

- Wiadomo, wiadomo...

- No to kto?!

-Aaa, tajemnica...

Co za chwile! Dla nich właśnie warto poćwiczyć ukłon i zostać jurorem. Potem jednak jest już tylko gorzej. Wynik bardzo rzadko podoba się publiczności, albowiem obowiązkiem jurorów jest wybrać piosenkę najbardziej ponurą i o melodii, której nikt nie jest w stanie powtórzyć. W ten sposób jurorzy promują twórczość ambitną (ambitny, znaczy ponury i przekombinowany). Publiczność gwiżdże, jurorzy wycofują się zza kulis do sali obrad, z której wygania ich już zniecierpliwiona sprzątaczka, a ich notatniki leżą bezwstydnie pootwierane i pies z kulawą nogą już nimi się nie zainteresuje. W końcu następuje wyplata.

- No, nie! Tylko tyle?

-A kto mówił, że będzie więcej? Następnego dnia, późnym popołudniem juror wraca do Warszawy. Gdzieś tam w Babsku łapie go patrol policyjny na przekroczeniu prędkości.

-Ach, śpieszę się, panowie, z festiwalu wracam... Piosenki...

- Tak? Nie poznaję pana... Na twarzy policjanta grymas powątpiewania. Wtedy juror wychodzi z samochodu, staje w swoim wyćwiczonym ukłonie, np. "a la Jezus z Rio de Janeiro", ruch głowy na prawo, na lewo...

- Teraz tak! Oczywiście, że pana poznaję! Tym razem będzie tylko ustne upomnienie... Niech pan jedzie, panie "żyri"!

początek strony