STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY
Felietony
<<<powrót

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

   

"PALMY WIOSENNE"

Typowa "palma" trwa u delikwenta bardzo krótko. Potem następuje czas wieoletniej pokuty i posypywania głowy popiołem.

Nieznany i nieutalentowany rybak złapał zlotą rybkę.
- Wypuść mnie, rybaku, spełnię twoje...
- Trzy życzenia?! - podchwycił rybak. - Świetnie! Talentu! Talentu chcę przede wszystkim!
- Zrobione. Masz talent.
- Tak szybko!? To teraz sławy, sławy mi przydaj, rybko!
- Zrobione. Jesteś sławny...
Rybak uszom nie wierzy, ale w tym momencie, z przepływającej wlaśnie
obok czwórki ze sternikiem, dochodzą go szepty:
- Patrzcie, to ten utalentowany rybak... Panie rybaku, autograf, prosimy o autograf...
-Ja też poproszę - zmysłowo wyszeptała sterniczka - O tu, na koszulce...
- Rybko, rybko... Mam trzecie życzenie... (Rybak mówi to podpisując się na kształtnej piersi sterniczki). Tylko pośpiesz się z jego spełnieniem. Zrób tak, żeby mi dekiel nie odwalił!
-Co?- zdziwiła się rybka.
- No, żeby mi palma nie odbiła! Sodowa! Sodowa, żeby mi nie uderzyła
do głowy!
Rybka nadęła się jak ropucha i pękła. Rybak aż podskoczył z wrażenia.
- Kurczę! Pękła! O, tu leży jej głowa. Mówi coś! Rybak przystawia ucho do rybiej głowy.
- Za późno... - szepnęła rybka. - Już ci odbiło... I zdechła.

Przypowieść ta, spreparowana na potrzeby dzisiejszego felietonu, opisuje syndrom "palmy" czy - jak kto woli - "sodówki" w dramatycznym splocie. Z jednej strony mamy naszego bohatera, zaskoczonego nagłym sukcesem, z drugiej zaś jego audytorium, które szybko przechodzi z fazy zachwytu i cmokania do fazy podejrzliwych pytań, czy "dekielek" aby już nienadwerężony?

W związku z tym, że - jak na szarpidruta - jestem osobnikiem dość introspektywnym i nie stroniącym od autoanalizy, często przyglądałem się sobie i swoim znajomym (też szarpidrutom), jak sobie radzimy z ciśnieniami, którym jesteśmy poddawani. Nie było nam łatwo, oj, nie było. Szczególnie początki są trudne. Właśnie wtedy, kiedy z taką łatwością zdobywamy pierwsze szczyty, wydaje się nam, że miejsca na nich starczy tylko dla nas. Dalej więc, w przepaść zrzucać wszystkich, którzy stali tam przed nami. Teraz, kurczę, my! Stajemy na samym wierzchołku, pasiemy oczy widokiem niezwykłym, wokół nas rozpościerają się obszary naszych wpływów, a liczny dwór naszych świeżych przyjaciół karmi się tym, czym ich uraczymy. Na jakiś czas tracimy czujność i zasypiamy błogo w zapachu krokusów...

Budzi nas dopiero ciężki kop naszych następców, którzy - podobnie jak my - uważają, że wierzchołek sukcesu to apartament jednoosobowy, Spadamy wtedy z hukiem, choć - nie wiedzieć czemu - jeszcze przed zaśnięciem byliśmy przekonani, że sukces i powszechne uznanie będą dla nas słodką codziennością jak seks małżeński, i że wystarczy już tylko zadbać o to, żeby za każdym razem było choć trochę inaczej. Dziś jednak wszystkich palmiarzy chcę wziąć w obronę. Tym bardziej, że -statystycznie rzecz biorąc - typowa "palma " trwa u delikwenta bardzo krótko. Potem następuje czas wieloletniej pokuty i posypywania głowy popiołem. Doświadczam tego osobiście z uporczywą codziennością. Po pierwsze: nie mam pamięci do nazwisk. Nigdy nie miałem.

Dziś jednak, kiedy odbieram telefon i słyszę w słuchawce: "Cześć, mówi Bronek Kowalski..." (na przykład) od razu reaguję z taką familiarnością, jakby dzwonił do mnie osobisty teść. "Cześć Bronek, co się z tobą działo?" itd. Nie mogę sobie pozwolić na żadne pytanie pomocnicze, np. "Kto, przepraszam?" albo "Jaki Bronek?", a już tym bardziej: "Przepraszam pana najmocniej, ale skąd my się znamy?" Gdybym tak zrobił, facet mógłby się obrazić i ogłosić wszem i wobec, że Ciechowskiemu znowu odwaliło.

Podobny problem mam z zapamiętywaniem twarzy. Po prostu zapominam. A życie lubi nam płatać najróżniejsze figle. Np. spotykam dyrektora działu kredytów w... zoo. Widziałem go miesiąc wcześniej w jego banku, zakutego w garnitur. Dziś jest ubrany na sportowo, obwieszony dzieciakami i z daleka woła do mnie tak: "Cześć, Obywatelu! Witamy serdecznie!" Facet jest kompletnie wyrwany ze swojego zawodowego kontekstu, dla zmyły przebrany za troskliwego tatusia i - na dodatek - zwraca się do mnie bezosobowo. I co ja mam zrobić? Oczywiście udaję, że pamiętam.

Znajomi uważają mnie za kompetentne źródło informacji:
"Jak tam Justynka po czterech Fryderykach?
Sodówka nie uderzyła do głowy?"

Do prawdziwej schizofrenii doprowadzam się wędrując słynnym Wajdowskim korytarzem na Woronicza. Same znane gęby, ale jak zachować kontrolę nad pozdrowieniami? Kogo znasz osobiście, kogo tylko z ekranu?! Ja - na wszelki wypadek - kłaniam się wszystkim. Chociaż ostatnio dostało mi się od jednej młodziutkiej pani redaktor! "Czy my się znamy?" - zapytała bez ogródek. O, odbiło jej! Palma.

Najbardziej podejrzani są debiutanci odnoszący sukces. Przez ostatnie lata sporo z młodymi pracuję, produkując im płyty. Można powiedzieć, że mam bezpośredni dostęp do świeżo ciętych palm. Atrakcyjny Kazimierz, Kasia Kowalska, Justyna Steczkowska, Krzysztof Antkowiak... Znajomi uważają mnie w związku z tym za kompetentne źródło informacji: "Jak tam Justynka po czterech Fryderykach? Sodówka nie uderzyła do głowy?" Kiedy mówię, że nic takiego nie zauważyłem, że dziewczyna, na moje oko, wydaje się być dość odporna, że socjalnie zrównoważona, bo ma ośmioro rodzeństwa, widzę, że moje argumenty nie trafiają. Młoda jest? Jest! Sukces ma? Ma! No to i "palma " się musi znaleźć.

Zupełnie inaczej oceniamy starych wyjadaczy. Tu nasza tolerancja nabiera nieoczekiwanej elastyczności. Kiedy indagowany przez dziennikarza Krzysztof Cugowski mówi, że porównywanie jego śpiewu do śpiewu Joe Cockera jest komplementem dla tego ostatniego, traktujemy to raczej jak dziwactwo niż objaw wody sodowej. Kiedy zaś określa śpiew Kasi Kowalskiej i Anity Lipnickiej ogólnikowym skrótem "jęki z Białołęki", prędzej pomyślimy, że prowadzi promocję więziennictwa polskiego niż nachalną autoreklamę czyimś kosztem.

Ja staram się zachować daleko posuniętą ostrożność. Kiedy wychodzę na spacer z moją rudą suką, wszystkim sąsiadom z daleka walę: "Dzień dobry", bez względu na to, czy mieszkają w okolicy czy też przechodzą tu właśnie jednorazowo.

I Warn, Drodzy Czytelnicy, radzę to samo. Uśmiechy i pozdrowienia jeszcze nikomu nie zaszkodziły.
Szczególnie na wiosnę.

początek strony