STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE
Magazyn "Przekrój"; Marzec '2002
<<<powrót

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

 

OBYWATEL METAFORY


Postacią literacką, bohaterem dowcipów i cudzych piosenek,
Grzegorz Ciechowski był już za życia


Czy Grzegorz Ciechowski mógłby przeżyć dziewięćdziesiąt kilka lat - tak jak Cmon, jego literackie alter ego? Ostatnie kilkanaście samotnie, w utajnionym mieszkaniu, pod fałszywym nazwiskiem, z daleka od dzieci i wnuków. Kiedy w połowie XXI wieku trafił do szpitala, by w nim umrzeć, inni staruszkowie dziwili się, że jeszcze żyje. "Cmon. To była znakomitość, jedna z największych rockowych gwiazd lat 80." - tak przedstawia bohatera wydanej dwa lata temu (i nominowanej nawet do NIKE) powieści "Bóg zapłacz!" jej autor Włodzimierz Kowalewski.

- Moja żona i ja byliśmy wstrząśnięci. Tak jakby rzeczywiście odszedł ktoś bardzo nam bliski - odpowiada Kowalewski pytany, co poczuł, dowiedziawszy się o śmierci lidera Republiki, który w wieku 44 lat, 22 grudnia zeszłego roku, zmarł na zawał serca po operacji w warszawskiej klinice.

- Mówię od razu - nigdy nie byłem przyjacielem Grzegorza Ciechowskiego, nie byłem nawet jego kolegą, tylko znajomym z jednego roku studiów, z filologii polskiej na UMK w Toruniu - wspomina dalej autor "Bóg zapłacz!".
- Poznałem go jesienią roku 1976, nie pamiętam już gdzie, pewnie w Colegium Maius, bo tam były ćwiczenia i wykłady. Prawie nie mówił o jakichkolwiek swoich związkach z muzyką, kiedyś wspomniał tylko, że gra na flecie. Jak każdy polonista chciał raczej istnieć wobec otoczenia jako poeta.

Orwell z Wolnej Europy

Do końca lutego prawie półtora tysiąca osób wzięło udział w sondzie na stronie internetowej poświęconej Grzegorzowi Ciechowskiemu. Na pytanie, które jego wcielenie ocenia najlepiej, 40 procent odpowiada: "Republika", 17 - "Obywatel G.C.", 13 - "kompozytor", 9 - "producent", 6 - "Grzegorz z Ciechowa". Pozostałe 15 procent najwyżej ceni Ciechowskiego jako poetę i autora tekstów.

Jerzy Tolak, menedżer Ciechowskiego i Republiki, jeszcze dwa i pół miesiąca po jego śmierci mówi z rozpędu o zmarłym w czasie teraźniejszym: - Od 15 lat jak z Grześkiem pracuję, to teksty, jakie pisał, są dla mnie wielką zagadką, bo to nie było zwykłe tekściarstwo. Dla niego jego teksty były ważniejsze niż muzyka. Gdyby mnie ktoś pod ścianą postawił i kazał wybrać, powiedziałbym, że teksty ważniejsze.
- Pisał wiersze, nie wstydził się ich pokazywać, rozmawiać o nich - opowiada o Ciechowskim z końca lat 70. Kowalewski. - Mieszkał na pierwszym roku w DS-1 przy Mickiewicza, w wielkim, siedmioosobowym, narożnym pokoju z piętrowymi łóżkami, bodajże numer 201.
- W tym pokoju mieszkało siedmiu poetów - przypomina Tolak. - Wpadałem tam czasami i wtedy się kłóciliśmy - snuje Kowalewski. - Wszystko nas różniło. Ja z piórami do pasa, w powycieranych spodniach i swetrze do kolan - on zawsze schludny, aż lśniący od tej swojej czystości, zawsze w poważnych, drogich ciuchach. Ja czytałem na przykład Wojaczka i Huysmansa, on Vonneguta i Orwella, którego odcinkami nagrywał z Wolnej Europy i przepisywał. Ja słuchałem białego bluesa i starej Kalifornii, on wtedy słuchał nowoczesnego jazzu! Wszystko bym wtedy o nim pomyślał, tylko nie to, że już za kilka lat będzie znanym rockmanem. Dopiero długo potem zaczął przebąkiwać o new wave, jakie to wspaniałe grupy - The Police, The Cure, Dead Kennedy's. Wyraźnie uwielbiał wszystko, co w każdej epoce było progresywne, rozbijające schematy. Czytał futurystów i Gombrowicza, zachwycał się Beckettem i bodajże prozą Macha. A w ogóle to mało kto już pamięta, że Grzegorz pisał pracę magisterską z... romantyzmu!
Może nawet sam Ciechowski o tym nie pamiętał, bo parę lat temu w wywiadzie w "Magazynie Gazety Wyborczej" mówił, że pracę magisterską pisał o haiku.

Za plecami literatów

Cmon z powieści Kowalewskiego nie dostał się na polonistykę, Ciechowski się dostał, choć studiów nie dokończył.
- Z pisaniem tekstów u Grześka było tak, jakby powieść pisał - wspomina Tolak. - Jak była nagrywana płyta, pisanie tekstów odsuwał zawsze na ostatnią chwilę. Kiedy musiał napisać kilka rozdziałów tej powieści, stawał się bardzo zamknięty w sobie, chodził z tym tematem.
- Ostatni raz rozmawialiśmy ze sobą dłużej w roku 1979 albo 1980 - przypomina sobie Kowalewski. - Był już wtedy znanym w mieście muzykiem. Nie pamiętam, co było ostatnie - długie, wspólne raczenie się czeskim Budvarem w ekskluzywnej wtedy toruńskiej knajpie Pod Aliantem czy impreza w mieszkaniu teściów Grzegorza (a może to był jakiś wynajęty pokój?), gdzie klęcząc na krześle, grał rzewnie na swoim flecie "A Shadow of Your Smile". Po pierwszym roku Grzegorz zaczął powoli oddalać się od polonistów, odnosiłem nawet wrażenie, że na czymś się zawiódł, nie znalazł, czego szukał.
Po tym, co napisał na okładce pierwszej płyty reaktywowanej w latach 90. Republiki, można przypuszczać, że mimo wielkiego sukcesu tkwił w nim właśnie kompleks literackiego niespełnienia, a raczej niedoceniania: "Nazwałem tę płytę "Siódma pieczęć* nie tylko dlatego, że jest ona moim siódmym tomikiem wierszy, który wydaję za plecami literatów".

Za czasów toruńskich jego wiersz wydrukował warszawski miesięcznik "Poezja". Studencki klub opublikował zaś powielaczowy arkusz poezji Ciechowskiego.
- Został przyjęty dziwnie, bo ukazał się w roku 1980 i Grzegorz, już wtedy rockman, przypomniał się jako poeta, ale nie przykładał chyba do tej książeczki zbyt wielkiej wagi - uważa Kowalewski. - Myślę, że w wierszach był taki sam jak w utworach komponowanych potem dla Republiki, hołdując kilku zasadom: zero stylizacji, niczemu nie ulegać, z niczym się nie kojarzyć, być sobą i tylko sobą.
Piotr Bratkowski, o dwa lata starszy od Ciechowskiego krytyk literacki, przyjrzawszy się jego wierszom z roku 1980, ocenia je jako typowe dla ówczesnej poezji i "drukowalne". Ale uważa jednocześnie, że gdyby dziś takie wiersze zaproponowano redaktorom pism młodoliterackich, zapewne zostałyby odrzucone, jako napisane w niemodnej już konwencji.
Poza pojedynczym sformułowaniem o "obcym astronomie" ówczesne wiersze Ciechowskiego na pierwszy rzut oka nie mają wiele wspólnego z jego późniejszymi piosenkami, zwłaszcza jeśli chodzi o język, orwellowską nowomowę, z której zasłynęła Republika.
Kowalewski widzi jednak pewne podobieństwa: - Ciechowski chyba oddzielał takie pojęcia jak "wiersz" i "tekst piosenki", podobnie jak Morrison - szalony Jim, "król jaszczurów" z The Doors - nie był dostojnym Jamesem Douglasem Morrisonem z okładki tomiku od Simona & Shustera. Ale to tylko pozory, żadnego rozdźwięku tak naprawdę nie ma. U Grzegorza inna jest tylko forma tekstu do śpiewania - bardziej "okrągła", bardziej rytmiczna. Treść ta sama - obsesje, pożerający erotyzm, zagubienie w industrialnym świecie, lęk przed uniformizacją i zanikiem indywidualizmu.

Orwell w Polskim Radiu

Ciechowski pochodził z Tczewa, Cmon z powieści Kowalewskiego z Giżycka. Ciechowski studiował w Toruniu, Cmon w Bydgoszczy. Ciechowski grał na flecie i fortepianie, Cmon na gitarze. Zespół Ciechowskiego nazywał się Republika, zespół Cmona - Klapterstorch.
Republika była przełomem w polskim rocku. Z dwóch powodów. I dlatego, że była pierwszym zespołem, który kierując się do masowej publiczności, zerwał z tradycyjną rockowizną na rzecz ascetycznej estetyki nowofalowej: mało melodii, zrytmizowany wokal, powtarzanie sylab. I dlatego, że te powtarzane sylaby składały się na teksty, jakich wcześniej nie było w naszej młodzieżowej muzyce. Za sprawą literatury.
Owszem, Niemen czy Grechuta sięgali wcześniej po teksty Norwida albo Mickiewicza. Nikt jednak nie próbował używać języka literatury do pisania własnych piosenek. A zwłaszcza języka totalitarnej antyutopii czy science fiction rodem z Orwella czy Yonneguta, jak właśnie Ciechowski w piosenkach takich jak "Kombinat" albo "Znak równości" pokazujących zuniform-zowane, zdyscyplinowane społeczeństwo, w którym jednostka musi zrezygnować z jakichkolwiek przejawów indywidualizmu.
Paradoksalnie, w kraju, w którym właśnie wprowadzono stan wojenny, a "1984" czy "Folwark zwierzęcy" Orwella wydawano tylko nielegalnie, w drugim obiegu, nadający właśnie takie treści zespół Republika był do oporu grany w państwowym Polskim Radiu. Potem mówiło się, że to po to, aby odciągnąć uwagę młodzieży od prawdziwej polityki.
On sam dystansował się od polityki już w wierszu "Cyrulik toruński" powstałym jeszcze przed zdobyciem przez Republikę popularności:

w tym samym czasie
kiedy przemawiał fanatyk partyjny
w tym samym czasie
kiedy samopodpalal się fanatyk religijny
w tym samym czasie
kiedy przemykał się fanatyk konspiracyjny
królik z powagą dymał królicę
ja wybierałem się do cyrulika

Flet w łaźni

"Musieli być odważni, odrzucili modny posthippisowski luz, ubrali się w garnitury i cienkie krawaty na gumkach" - pisze Kowalewski o grupie Klapterstorch.
Ciechowski kpił z gitarzystów innych zespołów, że mogliby włosami zamiatać scenę. Ascetyczny czarno-biały image Republiki wymyślili jeszcze w Toruniu, a krawat w czarno-białe pasy kupił mu na ciuchach w podwarszawskim Rembertowie pierwszy menedżer kapeli Andrzej Ludew. No i nosił grzywkę poppersa. Krążyły o niej dowcipy.
Pierwszy, przyzwoity: Ciechowski idzie po pustyni, ledwie zipie, w końcu dochodzi do źródełka, zanurza w nim ręce i... mokrą dłonią poprawia grzywkę.
Drugi, wulgarny: W młodzieżowym tygodniku "Razem" miała zostać wydrukowana sesja zdjęciowa muzyków Republiki rozebranych, w łaźni. Nie doszło do publikacji, bo okazało się, że Ciechowski nad fletem ma grzywkę.
Punkowa Patologia Ciąży miała piosenkę "Biała grzywa":

Ma fortepian, srebrny flet
Czarny krawat twardy łeb
Ponad wszystkich jego postać
Bardzo chciałby Bogiem zostać
Mój idol

Po latach Ciechowski powie o sobie w wywiadzie: "Zawsze miałem opinię zarozumiałego buca". Wtedy, w roku 1983, próbował kpić z własnej popularności, biorąc udział w sfingowanym reportażu radiowym, według którego ograniczał mieszkańcom swojego bloku możliwość wejścia i wyjścia z klatki schodowej. W trosce o swoje bezpieczeństwo zainstalował rzekomo fotokomórkę i ustalał godziny wyjścia i wejścia mieszkańców.
Kiedy w latach 90. kolejną złośliwą piosenkę - parodiujące Republikę "Nowe kombinacje" - nagrał Big Cyc, Ciechowski zaprosił kapelę Krzyśka Skiby do programu telewizyjnego o sobie. Skiba pamięta, że wystąpił przebrany za Ciechowskiego, z fletem poprzecznym.
Reaktywowana wtedy Republika nie miała już tak masowej popularności jak na samym początku. Ale 19 lat temu Ciechowski dzięki swej grzywce, fletowi i czarno-białemu image zespołu był naprawdę rozpoznawalny w takim stopniu jak obecnie Michał Wiśniewski z grupy Ich Troje. I jego rola w naszej pop-kulturze była o wiele większa.

Majakowski w cenzurze

Piotr Bratkowski miał w latach 80. w miesięczniku "Literatura" felieton "Prywatna taśmoteka", w którym jako pierwszy zwrócił uwagę na literackie odniesienia tekstów Ciechowskiego i Kory Jackowskiej z Maanamu.
- Język Ciechowskiego w swej poetyce miał trochę wspólnego także z poetyką futuryzmu polskiego - mówi Bratkowski. - Takie nawiązania tam widziałem, przez pewną skrótowość, która była koniecznością.
Jak wyjaśnić fenomen, że autor przeciętnych wierszy w ciągu roku przeistoczył się w autora nieprzeciętnych piosenek? Czy dlatego napisał na przykład "Sexy doli" o miłości z manekinem, że mógł usłyszeć przez ten czas piosenki takich brytyjskich zespołów punk i new wave jak Yibrators ("Automatic Lover") albo X-Ray Spex ("Art-I-ficial", "Genetic Engineering") żywiących się właśnie wizją odczłowieczonego świata przyszłości? -pytam Bratkowskiego.
- To jest gorsza dla Ciechowskiego wersja wydarzeń - odpowiada. Druga hipoteza jest taka, że miał na tyle dużo samoświadomości artystycznej, iż wiedział, że dobry tekst piosenki trzeba pisać inaczej niż wiersze. Wtedy, prawie 20 lat temu, napisałem, że wydrukowane na papierze teksty Republiki źle się czyta. Że zaczynają brzmieć i znaczyć dopiero w połączeniu z muzyką. To nie były dobre wiersze, tylko dobre teksty piosenek.
Autor antytotalitarnych piosenek, buntownik Ciechowski, z czasem ściął grzywkę i dał się wcielić do wojska. Tak jak Elvis Presley służbę wojskową odbywał na specjalnych warunkach - dyrektor Estrady użył swoich wpływów, aby artysta mógł pracować przy spektaklu "Wyludniacz" Becketta w Teatrze Wielkim w Łodzi, do którego to miasta przeniesiono go służbowo z toruńskiej szkoły artylerzystów.
A kiedy w roku 1988 znów wybuchły strajki, w państwowym radiu królowało solowe nagranie Obywatela G.C. (bo taki pseudonim obrał Ciechowski po rozwiązaniu Republiki) "Nie pytaj o Polskę".
Śpiewał o spotykanej w ohydnych okolicznościach Polsce - dziewczynie, iż bezwarunkowo ją kocha.
O tak samo brudnej Polsce miał wtedy piosenkę również Kazik Staszewski z Kultu. Ale jego piosenki cenzura nie pozwoliła wówczas wydać na płycie ani puszczać w radiu. Czy dlatego, że nie śpiewał o tym, iż mimo to kocha Polskę?
- Grzegorz był mistrzem, jeśli chodzi o metafory i ukryte znaczenia. Później siłą rzeczy wszedł w inną poetykę. On po prostu dojrzewał, starzał się, rodziły mu się dzieci. Widać wyraźnie jego zwrot w stronę innej poetyki pisania tekstów. Przedtem był zadziorny - mówi Tolak.
Do cenzury Ciechowski chodził z książkami Apollinaire'a czy Majakowskiego, żeby wytłumaczyć, że takich samych sformułowań jak jego można się uczyć w szkołach.

Mężczyzna jako kobieta

Ciechowski po rozwodzie z pierwszą żoną Jolą związał się ze starszą od siebie Małgorzatą Potocką, z którą prowadził potem firmę producencką. Powieściowy Cmon - ze starszą od siebie Jagienką Maślanko, byłą dziennikarką telewizyjną. W obydwu przypadkach był to moment, kiedy rozwiązali swoje zespoły, nie tylko z przyczyn artystycznych. Dla obu niebawem, razem z wolnością, przyszły lata chude.
"Przeżywałem piekło zazdrości. Muniek Staszczyk walił swoją prawdę o świecie wprost, bez ogródek, ja umiałem śpiewać tylko metaforami, które publiczność przestawała rozumieć" - mówi o latach 90. Cmon w powieści Kowalewskiego.
Prawdziwy Muniek Staszczyk z T. Love wyznaje mi, że nie przepadał za piosenkami starszego od niego o sześć lat Ciechowskiego, wyjąwszy dwie: "Białą flagę" i "Sexy doli", które nie znalazły się w pierwszym albumie Republiki, bo nie pasowały do spójnej orwellowskiej koncepcji.
Ciechowski został producentem muzycznym (i nierzadko autorem repertuaru) Justyny Steczkowskiej, Atrakcyjnego Kazimierza, Krzysztofa Antkowiaka i Katarzyny Groniec. Cmon został producentem nagrań Dasi Szczerbickiej, The Skunks i Saturatora. Obaj z czasem reaktywowali swoje główne kapele, ale to już nie było to samo.

Rafał Bryndal, który znał Ciechowskiego jeszcze z toruńskich czasów, uważa, że Republika po reaktywacji nie była już tym samym zespołem, bo zabrakło w nim basisty Pawła Kuczyńskiego, rzeczywistej siły napędowej grupy. Rafał na początku lat 90. znów zetknął się zresztą z Ciechowskim jako autor tekstów piszący dla Atrakcyjnego Kazimierza (prywatnie Jacek Bryndal, brat Rafała). Pamięta, że Ciechowski dopisał mu zakończenie jednej z piosenek, ale nie podpisał się jako jej współautor. Sam jako tekściarz uważa, że utwory Ciechowskiego były zbyt patetyczne.
Dla Justyny Steczkowskiej Ciechowski komponował pod własnym nazwiskiem, ale teksty pisał początkowo pod pseudonimem Ewa Omernik, bo - jak uważa Tolak - było wielu nieżyczliwych mu ludzi w branży, którzy nie wsłuchując się, przekreśliliby jego teksty z góry jako "ciechowszczyznę".
- Kiedy "Dziewczyna Szamana" zdobyła popularność, miała dużo nominacji do Fryderyków, wszyscy zaczęli interesować się dziewczyną, która pisała dla mnie teksty - wspomina Steczkowska. - Zrobiło się gorąco i pojawiły się pytania, gdzie ona mieszka, czy można z nią porozmawiać. Opowiadałam o niej, że jest miłą młodą dziewczyną, ale nie chce się kontaktować z prasą. Na Fryderykach wyciągnęłam go na scenę i powiedziałam, że to jest właśnie Ewa Omernik.
Jakim cudem mężczyzna napisał wiarygodne kobiece teksty?
- Grzegorz jest... no, niestety był... - Steczkowska podobnie jak Tolak łapie się na tym, że mówi o Ciechowskim nadal w czasie teraźniejszym - wnikliwym obserwatorem. I ponieważ my, nagrywając płytę, spędziliśmy pół roku ze sobą, to żyłam razem z jego rodziną, byłam jej członkiem. Grzegorz widział, co się ze mną dzieje. Widział, jak wracam nieszczęśliwa, bo coś się dzieje złego między mną a moim narzeczonym - na szczęście byłym - i tak dalej. Poza tym, chcąc nie chcąc, słyszał jakieś strzępki rozmów moich z moimi narzeczonymi. To wszystko tworzyło w jego głowie jakiś obraz tekstów na mój temat. Zresztą trafny.
- Mój Cmon to nie jest Ciechowski - zarzeka się Kowalewski. - Cmon to mógłbym być ja, gdybym miał to, czego mi Bozia poskąpiła - muzyczny talent. Oczywiście, pisząc "Bóg zapłacz!", myślałem o Grzegorzu, ale myślałem przede wszystkim o procesie samego stawania się gwiazdą, idolem, o tym subtelnym momencie, którego nigdy nie potrafi wyłapać żaden biograf, kiedy zwykły człowiek nagle traci swoją prywatność i przechodzi do zbiorowego mitu, staje się sławą, wielkością, pupilkiem mas. Uchwycić, opisać tę chwilę, pokazać, co się wtedy dzieje u niego tam, w środku! Grzegorz tak właśnie wystrzelił. Czy Ciechowski czytał""Bóg zapłacz!"? Nie wiem.

Za dobre życie

Cmon w burzliwy sposób rozstał się z Jagienką. Rozstanie Ciechowskiego z Potocką stało się w roku 1994 pożywką dla raczkujących brukowców (Potocka opowiadała w wywiadach, że chciała wtedy popełnić samobójstwo, ale samochód, którym zamierzała zjechać ze skarpy do rzeki, zarył się w piachu), Tolak w imieniu zespołu mówi, że ta pani nie ma obecnie z Republiką nic wspólnego. Trzecia żona Cmona miała na imię Iweta, zaś Ciechowskiego - Ania.
Z pierwszą, Jolą, Ciechowski nawiązał znów przyjazne kontakty i tak się złożyło, że jej drugi mąż został w roku 1996 wydawcą "prawdziwego" tomiku poetyckiego lidera Republiki - "Wokół niej". Książeczka przeszła bez echa. Przydała się jednak w nieoczekiwanym momencie. Kiedy w roku 1998 Republika nagrywała płytę "Masakra", w studiu okazało się, że Ciechowski nie ma gotowych wszystkich tekstów, i Leszek Kamiński, realizator nagrań, podpowiedział przyjacielowi, żeby przerobił na piosenkę jeden ze swoich wierszy z tomiku - tak powstało "Trzynaście cyfr".
Z materiałem na nową płytę Republiki było podobnie.
- Przypuszczam, że pisanie tekstów na płytę, której nie ma, to był dla niego najgorszy okres jako artysty, bo on nie miał pożywki - uważa Jerzy Tolak. - Znalazł normalny dom - żonę, która go kocha, idealne dzieci. Mieliśmy taki plan, że jak on skończy produkcję muzyki do "Wiedźmina" we wrześniu, to październik i listopad przeznaczy na pisanie tekstów. Nie napisał. Może jeden.
Tolak był bardzo zdziwiony, kiedy po śmierci Grzegorza przeczytał to, co zmarły pozostawił w komputerze - zaledwie trzy nowe teksty. Tylko jeden z nich zdążył nagrać z muzyką - właśnie "Śmierć na pięć" promować będzie ostatnią płytę Republiki.

- Jest to piosenka o przemijaniu, tęsknocie - mówi Tolak. - Napisał też "Żyć nie umierać", o swoim świetnym okresie. Ale wszystko jest w kontekście śmierć - życie. Jest jeszcze jeden tekst, o rozstaniu ojca z synem. Jakbym go czytał przed śmiercią Grześka, pomyślałbym, że po prostu ojciec daje rady dorastającemu synowi:

(...) nie zrobisz tego co
zrobiłem, mimo że
już przeczuwałem
obiecaj mi
że będziesz kochał raz
obiecaj mi
nie powiesz Bogu pa
obiecaj mi że wszystko co jest we mnie złe
ominie cię i będziesz
inny niż ja.

- Daliśmy jako Republika podtytuł "Piosenka dla Bruna". On się z nim normalnie żegna. To jest nieprawdopodobne. Od dawna zastanawiałem się, czy jest coś takiego jak przeczucie - nie mam zielonego pojęcia, jestem daleki od parapsychologii i co jest najgorsze, ja widziałem w jego problemie z pisaniem tekstów to, że ma za dobre życie.
Niespełna trzy tygodnie przed śmiercią ukazał się w "Vivie" wywiad przeprowadzony z Ciechowskim przez Piotra Najsztuba. "Chciały go zniszczyć porzucona kobieta i kokaina. Przeżył. Czyżby był niezatapialny?" - zachęcał do czytania wstęp. W wywiadzie lider Republiki z dumą ogłaszał, że oczekują z Anią kolejnego dziecka.
Córka Józefina urodziła się 42 dni po śmierci swojego ojca.

Republika w telefonie

W księdze gości na internetowej stronie Republiki pierwsze 200 wpisów pochodzi sprzed 22 grudnia, następne 600 - z ostatnich dwóch miesięcy. Piszą 30- i 40- latkowie mieszkający w Polsce, ale często też emigranci (jak ci z drugiej wersji "Białej flagi"), że płakali i że tego dnia skończyła się dla nich młodość.
Wchodzących na stronę wita głos Ciechowskiego, można też ściągnąć sobie z niej między innymi melodie piosenek Republiki jako dzwonki do telefonów.
Ostatni raz Republika zagrała z Ciechowskim 11 listopada. Wcześniej, jeszcze w październiku, Tolak i Ciechowski spotkali się z Wojciechem Kościelniakiem w sprawie spektaklu "Kombinat" na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, w którym piosenki Ciechowskiego mieli śpiewać z Republiką między innymi Kinga Preis, Jacek Bończyk, Mariusz Lubomski, Karolina Trębacz, Konrad Imiela, Sambor Dudziński...
- Nawet sobie Grzesiek jaja robił, że będzie musiał się nauczyć chórków do własnych piosenek - przypomina Tolak.
Reżyser wychował się na piosenkach Ciechowskiego. Scenografia i kostiumy mają przywoływać na myśl światy wykreowane w powieściach George'a Orwella i Franza Kafki.
Spektakl odbędzie się 16 marca i tego dnia Republika - bez lidera - zagra ostatni raz.
Po śmierci Ciechowskiego Czesław Apiecionek, znany warszawski księgarz, wystawił w swoim Odeonie tomik "Wokół niej". Przez pięć lat sprzedało się kilka egzemplarzy, przez ostatnie dwa miesiące - 12. Ciechowskiego znał z widzenia - robił w swojej księgarni imprezy promujące płyty, na których spotykał zwykle milczącego lidera Republiki, ale ten ostatni nigdy nie był jego klientem i nie wiadomo mu, jakie książki czytał.
Czym różnił się Cmon od Ciechowskiego? - pytam Włodzimierza Kowalewskiego.
- Cmon był sentymentalny, Ciechowski nie - odpowiada autor "Bóg zapłacz!". - Cmon był wirtuozem instrumentu, Ciechowski może nie grał tak biegle, ale był intelektualistą i kreatorem. Cmona "kręciła" przeszłość, gitarowe klimaty, "druciane" brzmienia lat 60., Ciechowski tworzył władczo, kroczył własną drogą i zawsze do przodu, szukał, budował, nie bał się eksperymentów. To, co robił, jest okiem nowoczesności w zalewie postmodernizmu, widocznym także w muzyce. Ale czy można porównywać wymyślonego bohatera z prawdziwą postacią?

PAWEŁ DUNIN-WĄSOWICZ


początek strony