STRONA GŁÓWNA

BIOGRAFIA

DYSKOGRAFIA

TEKSTY

FOTOGRAFIE

WYWIADY

INFORMACJE
Magazyn "Machina"; Luty '2002
<<<powrót

MULTIMEDIA

KSIĘGA GOŚCI

CHAT

SONDA

KONTAKT

 

"W FILMIE BERGMANA SIÓDMA PIECZĘĆ ŚMIERĆ GRA Z RYCERZEM W SZACHY O ŻYCIE. NIE LICZĘ NA TAKĄ ŁASKAWOŚĆ. LICZĘ SIĘ Z TYM, ŻE ZAŁOŻY MI CZARNĄ SZARFĘ NA OCZY W NAJMNIEJ OCZEKIWANYM MOMENCIE."
(GRZEGORZ CIECHOWSKI, TEKST UMIESZCZONY NA OKŁADCE PŁYTY REPUBLIKI SIÓDMA PIECZĘĆ).


TAK GEOMETRYCZNIE DOKŁADNY

Grześka po raz pierwszy zobaczyłem w październiku 1981 roku, w studenckim klubie "Od Nowa", wówczas jeszcze usytuowanym na toruńskim rynku w pięknej, nieodnawianej od lat zabytkowej kamienicy. Ciechowski, jak na tamte czasy, wyglądał nieziemsko. Miał jasne blond włosy i tę swoją grzywkę, ale moją uwagę przykuła jego czerwona koszula. To ona krzyczała za tego wychudzonego kolesia zapowiadającego zespół, z którym przyjechałem do Torunia.

Grzesiek wtedy nie występował. Był konferansjerem i pełnił, zdaje się, w "Od Nowa" rolę szefa muzycznego. Takiego, co to dawał szansę młodym kapelom - dopuszczał je do sali prób. A Toruń i "Od Nowa" to była wówczas mekka naszej Nowej Fali. Tam odbywały się pierwsze festiwale niechcianej muzyki, tam była najbardziej wyrobiona publiczność, tam szefował Waldek Rudziecki, który później wskrzesił Gdańską Scenę Alternatywną. Tam też bez żadnych kwitów i podpisów dostałem honorarium w plastikowym worku, bo kwota została uciułana z drobniaków zebranych podczas dyskoteki. Tam zapaliłem pierwszego w życiu skręta.

Grzesiek zapowiadał belgradzki zespól Sarlo Akrobata. Była to moja pierwsza trasa koncertowa. "Moja" kapela była spoza RWPG, czyli chłopaki wiedzieli więcej... przynajmniej o muzyce. Po koncercie poszliśmy więc do akademika. Poznałem innych "Republikanów". Słuchaliśmy nagrań, powiedziałem, że fajne, choć mnie nie poraziły. Brzmiały jak XTC. Kto by się wtedy przejmował, z radia lało się gówno, a nasza rockowa czołówka jeszcze nie zauważyła, że już 4 lata wcześniej Johnny Rotten odśpiewał Anarchy In The UK.

Co się działo z Grześkiem przed październikiem '81 r.? Urodził się w Tczewie. Tato był dyrektorem w firmie nabiałowej. Miał dwie siostry - jedną starszą o 3 lata, drugą młodszą o 8. Chodził do przedszkola u sióstr zakonnych, zapamiętał na zawsze zapach tamtejszych pierników i kochał się w siostrze Józefie. W czasach licealnych był budyniowo-jabłkowo-książkowym nałogowcem i miał swojego guru - starszego kolegę Jacka, który wprowadził go w świat sztuki. Sięgnął po flet prosty, kiedy zachwycił się płytą Jethro Tuli Aąualung. Na studiach grał w duecie Łapka Misia, potem w Res Publice i Jazz Formation.

Republika miała pokazać się po raz pierwszy w Warszawie już kilka dni po mojej wizycie w Toruniu i to na koncercie Brygady Kryzys - zespołu już wówczas słynnego, bo stworzonego przez byłych muzyków Tiltu i Kryzysu. Po kilku minutach Grzesiek z chłopakami zeszli ze sceny. Padli ofiarą gościnności warszawskiej załogi, która poczęstowała ich ciasteczkami z marychą. Do rana lunatykowali po harcerskim schronisku, gdzie mieli noclegi.

Na pierwsze prawdziwe spotkanie na żywo z Republiką czekałem do marca '83 r. Grupa otwierała wówczas występy legendarnej brytyjskiej kapeli punkowej UK Subs. Otwierała, ale tak naprawdę to te kilka tysięcy dzieciaków (prawie dwukrotnie wyprzedany Torwar) przyszło dla niej. Byłem dumny i zachwycony. Czułem, że już za chwilę polska Nowa Fala zmiecie rodzimą rockową stęchliznę i rozgoni wszelkie farbowane lisy. 3 lipca poprzedniego roku na szczyt listy radiowej "Trójki" dotarł Kombinat, detronizując Scorpionsów - synonim rockowego badziewia. 20 listopada pierwsze dwa miejsca listy zajmowały Telefony i Sexy Doli. Nowy, 1983 rok, świętowaliśmy z Bialą flagą, która przez trzy tygodnie była nr 1.

Po raz drugi rozmawiałem z Grześkiem podczas festiwalu Rock Arena w maju '83 r. Wówczas przyjechałem z zespołem Elektrićni Orgazam, na którego warszawskim koncercie poznałem nastoletnią Anię, późniejszą żonę Grzegorza. On sam był już wtedy gwiazdą i tak się czuł. Panny wokół niego piszczały niemiłosiernie, pił dobry, jak na stan wojenny, alkohol, spal w dobrych hotelach i wożony był porządnymi brykami. Dla mnie miał wiele sympatii, co wówczas bardzo mi schlebiało. Jednak poczułem, że on już nie jest "nasz". A dlaczego miałby być? Dlaczego miałby być rzecznikiem tej, jak dzisiaj oceniam, nowofalowo-punkowej miernoty? Grzesiek od początku wiedział, czego chce. Miał wizję, był inteligentny, pisał teksty, w których podniósł poprzeczkę do poziomu nieosiągalnego dla innych. To on wykombinował czarno-białe pasy, białe oświetlenie na koncertach, czarne stroje. To on wprowadził na nasz rynek image, a nie strojenie się w bazarowe ciuchy. On był, jak to ponoć kiedyś powiedziała Kora, "tak geometrycznie dokładny". Dodam od siebie - tak precyzyjnie skuteczny.

Dlaczego Grzesiek w 1983 roku nie był już "nasz"? Bo odniósł wielki sukces, a to kłuło w oczy. Były też obiektywne czynniki, które sprawiły, że Republika zraziła do siebie nowofalowe środowisko. Pamiętano warszawski koncert, który odbył się symbolicznego 13 lutego 1982 roku, i to zorganizowany przez Związek Młodzieży Polskiej. Debiutancki - skądinąd doskonały - album Nowe sytuacje kosztował co najmniej trzy razy tyle, co inne rodzime produkty. Republikę grało radio, a Brygady Kryzys, Dezertera, Śmierci Klinicznej, Izraela - nie. Nie mówiąc już o tym, że dziesiątki kapel nie miały wjazdu do studia. To rodziło zawiść i niechęć "środowiska" do Republiki. No i ta nieszczęsna grzywka... Inna sprawa, że Grzesiek był na tyle inteligentny, że nigdy nie deklarował przynależności do jakichś obozów, nigdy nie był czyimś głosem, ani nie walczył z systemami, chyba że tymi w naszych głowach. Walczył z cenzurą, którą nieraz robił w balona, kiedy inni biadolili, że się nie da. Dlaczego o tym piszę? Nie chodzi o czynienie przytyków komukolwiek, ale o koncert Republiki w Jarocinie w 1985 roku. Był to jeden z najlepszych, a z pewnością najbardziej dramatycznych, występów w historii polskiego rocka. Na festiwalu o alternatywnym charakterze miała czelność wystąpić "nie nasza" już Republika. Wyobraźcie sobie wielotysięczny, wrogo nastawiony do zespołu tłum, flagi przedstawiające powieszoną głowę z długą grzywką, napisy "won!" lecące na scenę pomidory i jeden przeraźliwy gwizd. Godzinę później śpiewaliśmy im Sto lat i domagaliśmy się bisu, który nie nastąpił, a Grzesiek już nigdy więcej w Jarocinie się nie pojawił. Rok później nie było już Republiki. Poszło o kasę. Bez lidera trzej muzycy założyli krótkotrwałą grupę Opera. Ja namówiłem ich na jednorazowy koncert pod nazwą Out Of Control na festiwalu Poza Kontrolą i to wspólnie z Jean Jacques'em Burnelem z The Stranglers. Wielkie emocje, wyśmienite przyjęcie. Na sali był Grzesiek. Nigdy nie zapytałem go o to, co wtedy czuł. On sam był już daleko. W jego głowie rodził się Obywatel GC.

Grzesiek przeniósł się do Warszawy. Wkroczył na salony, nagrywał z najlepszymi muzykami sesyjnymi, bawił się w konstruktywizm, tworzył, dostawał nagrody, żył zdecydowanie szybciej niż inni. Widywaliśmy się częściej, choć nieregularnie. Byłem w wynajmowanym przez niego i Małgosię Potocką rozpadającym się domu w Falenicy i jego pierwszym własnym mieszkaniu w bloku na Pradze, a kilka lat później w niedokończonej willi na dalekim Mokotowie. Pytał o ocenę nowych produkcji, a te były wysokich lotów. Przynajmniej pierwsze dwa albumy solowe. Nie wiem, jak wiele osób po wysłuchaniu przeboju Tak, tak spojrzało uważniej na swoje odbicie w lustrze. Ja tak. Dopiero wiosną '91 r. przeprowadziłem z Grześkiem pierwszy wywiad prasowy. Wtedy tak ocenił swoją przeszłość: - W 1983 roku wyszla płyta Nowe sytuacje i zarobiłem wówczas najwięcej w ZAiKSie - ja, nuworysz rockowy, nawet nie należałem do ZAiKSu, a tu trafia mi się ładnych parę milionów. A z drugiej strony są ci, co dotąd zarabiali znacznie więcej ode mnie (bo ja nic nie zarabiałem...), teraz zaś przechowywali się w kościołach, wyobrażam sobie, jak się musieli czuć. Większość teorii na temat kolaboracji rocka bierze się stąd, że rock odbierał im rynek. (...) Ale wskażcie mi chociaż jedną osobę, którą wtedy zdeprawowałem, ładując jej do glowy prawdę komunistyczną. Rock był ludziom szalenie potrzebny.

W tym samym 1991 roku reaktywowała się Republika. Byłem na jej promocyjnym, zamkniętym koncercie. Cieszyłem się, że znów są razem, choć powrót zaczęli od odcinania kuponów - nagrywania albumu z nowymi wersjami starych przebojów. Brałem udział jako aktor w filmie telewizyjnym Ty masz szczęście - Grzegorz Ciechowski. Nagrany dwa lat później album, Siódma pieczęć, uznałem wraz z Maćkiem Chmielem w "Gazecie Wyborczej" za album roku. Wielu pukało się w głowę, bo na płycie nie było przeboju i sprzedawała się ona fatalnie. Nie zmieniam zdania, szczególnie że był to jedyny album Republiki, na którym Grzesiek odważył się eksperymentować z brzmieniem. Radzę posłuchać go teraz i wsłuchać się w teksty.

Połowa lat 90. była prawdopodobnie jednym z trudniejszych okresów w życiu Grześka. Płyty Republiki i jego solowe się nie sprzedawały, a rozstanie z Potocką kosztowało go utratę zdobytej dotąd fortuny. I właśnie wtedy najbardziej mi zaimponował. Znów przeniósł się do wynajmowanego domu, tym razem w Kazimierzu Dolnym. Musiał się zająć nagrywaniem reklam i promocją debiutantów. Dzięki niemu karierę zrobiły - Kasia Kowalska i Justyna Steczkowska, ale poniósł również klęskę, gdy zaangażował się w nagrywanie płyt Atrakcyjnego Kazimierza i Krzysztofa Antkowiaka. Media też go nie rozpieszczały, ale świństwem było zarzucenie mu koniunkturalizmu z powodu jego zaangażowania w pomoc Czeczenom. Pisali to i mówili ludzie nie tylko wredni, ale zupełnie Grześka nieznający. Wiosną '95 r. sam przeżywałem kryzys osobisty. Pojechałem do Kazimierza i wróciłem podbudowany. Grzesiek nie tylko poświecił mi czas, ale poczułem, że mimo wszystkich tych kłopotów jest z Anią szczęśliwy. Spotkałem chłopaków z zespołu, wtedy właśnie nagrywali nowy album - Republikę marzeń. Nigdy nie oszukiwałem Grześka - dla mnie była to najsłabsza płyta w dorobku grupy. Nie byłem też entuzjastą następnej płyty, Masakry, choć ta wreszcie okazała się komercyjnie trafiona.

Wcześniej, w październiku '96 r., ukazała się płyta OjDADAna z samplowaną muzyką ludową. Grzesiek, na dwa lata przed rewolucją dokonaną na naszym rynku przez Bregovicia, sięgnął po temat - jak się wówczas wydawało - zamknięty. Wtedy też mu się dostało i to głównie od muzyków, którzy nagle poczuli się odpowiedzialni za ochronę "polskiej tradycji muzycznej". I żeby choć na tym eksperymencie porządnie zarobił. Tak mi wtedy tłumaczył swoją fascynację folklorem: - Chciałem przenieść emocje. Bez względu na to, czy te emocje są zamrożone w archiwach lat 20., czy 50., są one tak silne, że funkcjonują także dziś. To była penetracja obszarów umarłych. Gdy robiłem tę płytę, czułem się, jakbym zasypiał w rozwalonej starej chałupie.

Od kilku lat Fryderykami zarządza Akademia Fonograficzna, w której składzie znaleźli się wydawcy, menedżerowie, twórcy i działacze. Zabrakło jedynie dziennikarzy. O nich upomniał się przed rokiem Grzesiek, mimo że nie musiał. Dzięki niemu sam znalazłem się w radzie Akademii. Kolejne spotkanie mieliśmy wyznaczone na 21 grudnia. Grzesiek nie przyszedł, bo był już w szpitalu. Nie przejęliśmy się tym, bo kto jak kto, ale on zawsze tryskał zdrowiem, a ostatnio wyglądał normalnie.

Dwie gazety chciały u mnie zamówić pośmiertny tekst o Grześku. Odmówiłem. Przeczytałem natomiast artykuł w "Wyborczej". Ten sam autor, który zarzucał Grześkowi niecne zamiary podczas akcji pomocy dla Czeczenii, teraz uznał go za jedną z najwybitniejszych postaci polskiego rocka. Nie ma jednak racji przyjaciel muzyk Grzegorza, który publicznie oświadczył, że serce Grześka pękło przez dziennikarzy. To potworne, jak wiele własnych rzeczy potrafimy załatwiać w najmniej odpowiednim momencie.

Nie dojechałem na pogrzeb. Sto metrów przed kościołem rozwaliłem samochód. Nikomu nic się nie stało.

Grzegorz Brzozowicz

"Machina" Numer 02 (71), Luty 2002


początek strony